Po sprawdzeniu co z jego towarzyszem, Lestrange chwycił mocniej za różdżkę i ruszył w stronę korytarza. Rzucone przez niego zaklęcie albo podziałało, albo przejście w ogóle nie było chronione zabezpieczeniami, a może też sama Cassandra postarała się by pozostało otwarte - zgodnie z ustaleniami, jakie przyszło jej przeprowadzić z Louvainem. Dostęp do dalszej części Mauzoleum stał więc otworem i Rodolphus krok za krokiem zagłębił się w korytarz, w którym błyskało migotliwe światło płomieni. Cienie dłużyły się do ich rytmu, a to co wcześniej i z daleka mogło wydawać się odnogami, z bliska okazywało się głębokimi wgłębieniami w których stały rzeźby lub przeszklone specjalne okazy. Albo raczej musiały być specjalne, skoro stały tutaj, w podziemnej części całego kompleksu. Kiedy jednak mężczyzna koło nich przechodził, nie widział w nich niczego specjalnego i dotarło do niego, że równie dobrze mógłby przebierać w górze śmieci - bez odpowiedniej wiedzy nie był w stanie połapać się, co miało tutaj jakąkolwiek wartość lub mogło przydać się jego Panu. Ale na końcu korytarza światło było silniejsze i chłodniejsze - blask ciepłego płomienia mieszał się z błękitem przypominającym ten, który wcześniej rozbłyskał na pochodni rozpalonej przez kobietę i zapraszał do siebie Śmierciożercę, a kiedy ten podszedł wreszcie do końca przejścia, na prawo od niego zastały go szeroko otwarte drzwi.
Pomieszczenie przypominało raczej schludny gabinet. Chłodne ściany pokryte były meblami z czarnego drewna, a na ścianach rozpalone były płomienie rzucające światło. Na wprost od wejścia znajdowała się migocząca niebieskim ogniem misa, ale poza wygospodarowaną wokół niej wolną przestrzenią, znajdowało się tu sporo gablot, kubików, szafek, szaf i regałów. Był to bardzo elegancki składzik, a może nieporządny gabinet. Biblioteka? Albo wszystko na raz.
Cassandra stała przy jednej z gablot, właśnie zasuwając zabezpieczającą ją szybkę, a w wolnej dłoni trzymała rolkę pergaminu. Strasznie starą, sądząc już na pierwszy rzut oka, o postrzępionych i obtłuszczonych krawędziach. Kobieta powoli podniosła na Lestrange'a zmęczone spojrzenie, a potem wyprostowała się.
- Dobrze. Przynajmniej jeden z was się obudził - mruknęła, czujnie obserwując Śmierciożercę, zanim zdecydowała się wreszcie ruszyć w jego kierunku. - To twoja, wasza, nagroda. Coś, co zadowoli Czarnego Pana - wyciągnęła w jego stronę dłoń z rolką pergaminu, ale druga, nawet jeśli niby to swobodnie opuszczona teraz w dół, zaciśnięta była na jej własnej różdżce.
- Wyjść? - podchwycił pusto głos z celi, która znajdowała się naprzeciwko jego własnej. - Nie ma szansy dla tych, którzy muszą pytać - dalsze słowa zlały się ze sobą, mieszając w niewyraźny pomruk. Cokolwiek było odpowiedzią na wydostanie się z tej mary - szansa najwyraźniej przeminęła. Nicholas poczuł, jak irytacja podsyca nowe uczucia, o których sam z resztą przed chwilą myślał. Czuł, ja głód wzbiera w nim, jakby spędził tutaj nie minuty, godziny, ale dni. Długie dni pozbawione porządnego posiłku z którymi w parze szły szczątkowe ilości wody, teraz sprawiające że był nieustannie spragniony. Bolały go też ręce i nogi, niechybnie od niewygodnego wymiaru celi, w której został zamknięty przy swoim ogromnym wzroście. Był tu od zawsze i był tu na zawsze.
Pomieszczenie przypominało raczej schludny gabinet. Chłodne ściany pokryte były meblami z czarnego drewna, a na ścianach rozpalone były płomienie rzucające światło. Na wprost od wejścia znajdowała się migocząca niebieskim ogniem misa, ale poza wygospodarowaną wokół niej wolną przestrzenią, znajdowało się tu sporo gablot, kubików, szafek, szaf i regałów. Był to bardzo elegancki składzik, a może nieporządny gabinet. Biblioteka? Albo wszystko na raz.
Cassandra stała przy jednej z gablot, właśnie zasuwając zabezpieczającą ją szybkę, a w wolnej dłoni trzymała rolkę pergaminu. Strasznie starą, sądząc już na pierwszy rzut oka, o postrzępionych i obtłuszczonych krawędziach. Kobieta powoli podniosła na Lestrange'a zmęczone spojrzenie, a potem wyprostowała się.
- Dobrze. Przynajmniej jeden z was się obudził - mruknęła, czujnie obserwując Śmierciożercę, zanim zdecydowała się wreszcie ruszyć w jego kierunku. - To twoja, wasza, nagroda. Coś, co zadowoli Czarnego Pana - wyciągnęła w jego stronę dłoń z rolką pergaminu, ale druga, nawet jeśli niby to swobodnie opuszczona teraz w dół, zaciśnięta była na jej własnej różdżce.
- Wyjść? - podchwycił pusto głos z celi, która znajdowała się naprzeciwko jego własnej. - Nie ma szansy dla tych, którzy muszą pytać - dalsze słowa zlały się ze sobą, mieszając w niewyraźny pomruk. Cokolwiek było odpowiedzią na wydostanie się z tej mary - szansa najwyraźniej przeminęła. Nicholas poczuł, jak irytacja podsyca nowe uczucia, o których sam z resztą przed chwilą myślał. Czuł, ja głód wzbiera w nim, jakby spędził tutaj nie minuty, godziny, ale dni. Długie dni pozbawione porządnego posiłku z którymi w parze szły szczątkowe ilości wody, teraz sprawiające że był nieustannie spragniony. Bolały go też ręce i nogi, niechybnie od niewygodnego wymiaru celi, w której został zamknięty przy swoim ogromnym wzroście. Był tu od zawsze i był tu na zawsze.
Nasza przygoda powoli dobiega końca i na ten moment prosiłabym, żebyś wstrzymała się Nicholasem od odpisów; jest nieprzytomny, zamknięty w swoim małym świecie i nie udało mu się wybudzić na ten moment.