12.12.2024, 12:53 ✶
- A co jeśli jest tutaj niewiadomo co i my się tym zarazimy i odpowiedź na to jak sobie z tym radzić jest w jednej z tych książek? - wypaliła, rozglądając się dookoła, jakby zaraz miało na nich wyskoczyć coś robaczywego, albo owsik wypełznąć zza jednego z regałów. Oczywiście, Dora nie była tak niemądra na jaką czasem zdawała się brzmieć, chociażby przez sam ton głosu, i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że czarodzieje nie chorowali na owsiki, a na czkawki mieli szybkie sposoby. Księżycowy Staw był jednak równie stary co tajemniczy i dziewczyna była absolutnie przekonana, że coś mogło kryć się w starych szafach, zegarach i książkach.
Z resztą, ta czkawka to był według niej całkiem śmieszny przykład, bo nie tak dawno proponowała przecież Sarce, żeby rzucić na kogoś czkawkową klątwę.
- No w sumie. Można by założyć takie zamki czy tam zabezpieczenia jak dla dzieci, ale nie dla dzieci - bo te dla dzieci to czasem były podstępne i nie dawały się otworzyć nawet dorosłym. Parę razy się jej tak zdarzyło, ale nie zamierzała się przecież do tego tak zwyczajnie przyznawać, bo to było jednak troszkę żenujące.
- Oh. No to pewnie ktoś inny się nim zajął - bo to brzmiał troszkę nieprawdopodobnie, żeby ktoś pozwolił takiemu boginowi biegać samopas. Dora swoją fazę na próbę przekonywania do siebie niebezpiecznych stworzeń miała już dawno za sobą i nie chciała przerabiać prób udobruchania bogina. Z resztą, nigdy specjalnie jej to nie wychodziło. To znaczy wyobrażenie sobie czegoś śmiesznego na podstawie makabry w jaką przemieniała się ta istota. - No dobrze, może być kominek. To odłóżmy go na razie na bok, żeby o nim nie zapomnieć. Może znajdzie się coś jeszcze, co nie powinno trafić w cudze ręce. Jakieś inne pamiętniki? - chociaż wątpiła, ale kto wie, może prowadzenie dzienników to była pasja każdego z byłych domowników tej posiadłości.
Przełożyła parę książek, akurat kiedy Thomas ruszył podnieść stronnicę, która walała się po podłodze. Ale kiedy tylko narobił nieco więcej rabanu, zaraz wyprostowała się jak struna i obejrzała na niego troskliwie, czy ten cały łoskot nie równał się również jakimiś nieprzewidzianymi obrażeniami jego osoby. - O nie, nie. Nic ci nie jest? - zmartwiła się wyraźniej, doskakując do tej kopy książek i samego Thomasa, wyciągając do niego ręce, ale nie dotykając go, jakby w gotowości na szybką reakcję w stosunku do tego, co jeszcze mogło się wydarzyć. Ale nie wydarzyło się nic. No, może pomijając salwę kaszlu. - Mówią też, że słowem można zranić bardziej jak mieczem - zachichotała, odsuwając parę książek, a wtedy coś znowu łupnęło. To było głuche tąpnięcie, kiedy stojący w pomieszczeniu, wysoki zegar z właściwą dla siebie leniwością zaczął wybijać godzinę. Wahadło zakołysało się, ale... czy wcześniej w ogóle się poruszało? Dzwony zabrzmiały, nierówno i w przytłumiony sposób, ale Crawley odłożyła kolejne książki, by Figg nie musiał po nich deptać wstając z podłogi.
Z resztą, ta czkawka to był według niej całkiem śmieszny przykład, bo nie tak dawno proponowała przecież Sarce, żeby rzucić na kogoś czkawkową klątwę.
- No w sumie. Można by założyć takie zamki czy tam zabezpieczenia jak dla dzieci, ale nie dla dzieci - bo te dla dzieci to czasem były podstępne i nie dawały się otworzyć nawet dorosłym. Parę razy się jej tak zdarzyło, ale nie zamierzała się przecież do tego tak zwyczajnie przyznawać, bo to było jednak troszkę żenujące.
- Oh. No to pewnie ktoś inny się nim zajął - bo to brzmiał troszkę nieprawdopodobnie, żeby ktoś pozwolił takiemu boginowi biegać samopas. Dora swoją fazę na próbę przekonywania do siebie niebezpiecznych stworzeń miała już dawno za sobą i nie chciała przerabiać prób udobruchania bogina. Z resztą, nigdy specjalnie jej to nie wychodziło. To znaczy wyobrażenie sobie czegoś śmiesznego na podstawie makabry w jaką przemieniała się ta istota. - No dobrze, może być kominek. To odłóżmy go na razie na bok, żeby o nim nie zapomnieć. Może znajdzie się coś jeszcze, co nie powinno trafić w cudze ręce. Jakieś inne pamiętniki? - chociaż wątpiła, ale kto wie, może prowadzenie dzienników to była pasja każdego z byłych domowników tej posiadłości.
Przełożyła parę książek, akurat kiedy Thomas ruszył podnieść stronnicę, która walała się po podłodze. Ale kiedy tylko narobił nieco więcej rabanu, zaraz wyprostowała się jak struna i obejrzała na niego troskliwie, czy ten cały łoskot nie równał się również jakimiś nieprzewidzianymi obrażeniami jego osoby. - O nie, nie. Nic ci nie jest? - zmartwiła się wyraźniej, doskakując do tej kopy książek i samego Thomasa, wyciągając do niego ręce, ale nie dotykając go, jakby w gotowości na szybką reakcję w stosunku do tego, co jeszcze mogło się wydarzyć. Ale nie wydarzyło się nic. No, może pomijając salwę kaszlu. - Mówią też, że słowem można zranić bardziej jak mieczem - zachichotała, odsuwając parę książek, a wtedy coś znowu łupnęło. To było głuche tąpnięcie, kiedy stojący w pomieszczeniu, wysoki zegar z właściwą dla siebie leniwością zaczął wybijać godzinę. Wahadło zakołysało się, ale... czy wcześniej w ogóle się poruszało? Dzwony zabrzmiały, nierówno i w przytłumiony sposób, ale Crawley odłożyła kolejne książki, by Figg nie musiał po nich deptać wstając z podłogi.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.