Znów pomyślał o tym, że ma swoich nogach nie dorosłego mężczyznę, a dziecko. Niewinną istotę, która reagowała na ten świat z czystością serca i chłonęła każdy bodziec, jakby dotykał jego bezpośrednio. Zabawa guzikami mu nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie - była miła. Dawała poczucie życia, choć może powinien był zastanowić się, czy to nie oznaka nie słuchania. Zajmowania się czymś, żeby druga strona mogła popierdolić, a w końcu się zamknie i męczarni nastanie kres. Może powinien - nie przeszło mu to jednak przez myśl. Ten świat musiał być dla Flynna teraz bardzo mały. A może właśnie był całą galaktyką? Miejscem, które wciągało jak ta pustka, o której mówił i to wszystko... nie sposób było teraz cofnąć się do pojedynczych zdań, kiedy umysł był ciągiem zlewających się ze sobą liter. Nie zlewał się tylko Flynn. Z każdą swoją miną, zmarszczeniem brwi i wygięciem warg - a każdy z tych aktów pogłębiał bruzdy wielu lat zmagań z Losem. Zmarszczki. Siwizna jak nici Ariadny wpleciona w kruczą ścieżkę. Aureola przebłysków pojedynczych gwiazd w całej pustce kosmosu.
Jak to jest z dzieleniem ze sobą chwil lepszych i gorszych? Tak, to wyzwala, kiedy pokazujesz siebie od strony złej... złej według ciebie samego. Wyzwala, kiedy druga strona od tego nie stroni, nie tłamsi, nie kręci głową ani nie gani. Nie ocenia. Jak to jednak działa, że wystarczy jeden całus takiej osoby, by rozbić Puszkę Pandory - i ona spada, jak powinna spaść tamta szklana kulka. Zamiast tego pozwala się obrócić razem z planszą i znów jest cała. Nie rozbita - zamknięta. Nie schowana do szafy - stoi na regale. W swoich paskudztwach gardzi wstążkami, woli się przybierać w rdzę. I ten jeden gest i parę więcej słów mówią w porządku. Ja lubię tę Puszkę Pandory.
To nie było normalne i żadnej normalności w tym nie dostrzegałeś, ale to plus. Przecież ty też nie byłeś normalny. Okazywało się, że człowiek może czuć się jak Bóg, kiedy tylko pozwoli się sobą zaopiekować. Załagodzić każde zagięcie, które powstało przy nieumiejętnym prasowaniu. Tutaj nie wzgardzano niedoskonałością - tutaj kochano i wielbiono istotę ludzką. Nie anioła, nie Boga - człowieka. Może to był właśnie jeden z czarów, które Crow potrafił utkać całym sobą. Na ten czar blondyn był podatny - rozpłynął się w swoich granicach i tłocząca się szarość i brud zostały rozjaśniony ciepłymi płomykami buzującymi tuż obok. W tym smutnym człowieku, który chciał się dowiedzieć, czym powinna być jego codzienność. Laurent przymknął oczy i rozchylił je w spowolnionym tempie, kiedy usłyszał głos czarnowłosego.
Poranek smakował podobnie. Wiosenny poranek, kiedy mróz jeszcze potrafi pokrywać powoli wzrastającą trawę, ale słońce już jest tak przyjemnie ciepłe, że wychodzisz w kocu na taras. Wdychasz rześkie powietrze - ten jeden oddech wystarczy ci już na cały dzień. Żaden materiał nie powtórzy tego ciepła. Więc czy Flynn to powtórzył? Laurent miał wrażenie, że usłyszał to pierwszy raz. To prawda? Czy tylko ślicznie brzmiące zdanie? Brzmiało jak prawda. Laurent chciał wierzyć, że prawdą to było.
- Och, Flynn... - Fala emocji wypływała głosem, skoro nie mogła w konkretnych zdaniach. Nie znał odpowiedniego słowa. Wszystkie były nie takie... a może jednak znał? Sięgnął do jego twarzy, tej którą chciał uciekać, zagrzebać się w te fałdy materiału i własne włosy. Tą samą, którą obrócił w swoją stronę i na drugim policzku ułożył drugą dłoń. Z czcią należną najbardziej delikatnym stworzeniom tej ziemi - bez względu na to, jak kiedyś go traktowali. Dziś powinien wiedzieć, że bez względu na wszystko jego ręce mogły zrobić dla niego chociaż tyle - podtrzymać go z delikatnością, nawet kiedy niepewność uderzała najmocniej. - Dziękuję ci. - Musnął jego dolną wargę. - Jestem z ciebie taki dumny. - Ucałował czubek jego nosa. - Taki dumny. - Ucałował jego czoło. A później puścił go, pozwolił mu się przekręcić i sam objął go ramionami i pochylił się, żeby go otulić. Żeby przytulić się do niego mocno, prawie tak jakby siła tego uścisku mogła utrzymać w jednym kształcie wszystkie wypowiedziane dotąd słowa i zdania. Albo jakby to od tej siły zależała ilość ciepła, jaką mógł przekazać jego półnagiemu ciału. - Słońce ogrzewające mroźnego, wiosennego poranka ma podobny smak do twoich słów. - Może nie będzie wiedział, jak to jest - miłośnik późnego wstawania, albo kręcący się głęboko pod ziemią. Tak głęboko, że nawet stworzył sztuczne niebo. Ostatnie, które przetrwało i leżało właśnie na tym stoliku. - Jesteś taki słodki i uroczy... - Ucałował jego ramię. - To, co powiedziałeś teraz i twoja opowieść o tym mężczyźnie żydowskiego pochodzenia... - Ucałował go w biceps. - To, co powiedziałeś do mnie w wannie... - Uniósł jego rękę i ucałował jedną z blizn na jego przedramieniu. - Podziwiam twoją wiedzę i mądrość do takich spraw. - Spojrzał na niego, wtulając się w jego dłoń. Wtulając swoją twarz w jego dłoń, będąc tak nad nim pochylonym.