Nie było raczej takich tematów, które by zatrzymywał i nie chciał w ogóle poruszać. Dalej ciągnąć - czasem tak. Kiedy rzecz stawała się aż zbyt przytłaczająca... ale w ogóle nie chcieć rozpocząć? To nie sam temat był aż taki winny - to wszystko, co go dotyczyło. Windermere. Ta zamurowana ściana się chwiała, była krucha, mogła rozpaść się pod byle tchnieniem. Nie możemy jej na to pozwolić - musi stać, trwać i musimy się upewnić, że nic jej nie rozburzy. Przynajmniej nie teraz. Nie w tej chwili. Może nawet nie jutro. Bardzo potrzebował chociaż malutkiej chwili pozornej stabilności bez uczucia, że zaraz fala wody zza tamy podetnie mu nogi i znowu zacznie się dusić. Już ciepło i głębszy wdech dały znać o tym, że ta cegiełka, źle włożona, przeciekała.
- Mam wrażenie, że minęła wieczność. - Albo co najmniej pół roku, co? Zupełnie tak, jakby w jakimś innym uniwersum czas płynął inaczej, szybciej. Bardzo dziwne, doprawdy... - Potrzebuję czegoś, żeby to zagoiło. - Czegoś... kogoś? Zniknięcia, rozpłynięcia się? Gdziekolwiek, w kimkolwiek, w czymkolwiek. Było do tego nieebezpiecznie bliskooo jeszcze parę dni temu. Już nie został na jego ciele żaden ślad po tamtym wydarzeniu. - Potrzebuję bandaża. - Z gazą, najlepiej całkiem czystego, albo specjalisty od wyciągania z krwioobiegu jadu. Victoria by sobie pewnie z tym poradziła, być może nawet bez większego instruktażu. Tylko że ona miała swoje problemy i swoje życie, a ich miłości krzyżowały się na pułapie agape - daleko im było do phili w tym momencie. Tak, właśnie - plaster. Bardzo dobrze o tym myślała. Gdzieś ciągle krążyło pytanie na jego ustach a jak u ciebie, ale to pytanie nie padło. Jeszcze. Było lepiej - to widział. Musiało być o wiele lepiej, nie tylko troszkę, nie tylko odrobinkę. O wiele. Opuściło go nieco powietrza - w ten pozytywny sposób. Ten, który sprawiał, że przestawałeś się tak napinać i pojawiała się odrobina ulgi. - Do kogo, jeśli nie do mojej bohaterki. - I taka była prawda, chociaż nie zawsze Victoria przychodziła mu jako pierwsza na myśl - czasem była to Florence. Na pewno nie chciałby zapraszać jej w podwoje Keswick, chociażby, do konfrontacji z własnym ojcem. Jakieś brawa się należały Edwardowi - nie licząc mordercy ze snów, to był on najbliżej udanego zabójstwa Laurenta. I był przy tym przekonany, że niczego złego nie robi. - Ach... tak... że osoba trzecia robiła pierścionek. - Wyrwało mi się. Ta odpowiedź była szybsza zanim dobrze się nad nią zastanowił. - Przez moment chyba zamajaczyłem we własnych myślach. - I powinienem za to przepros... nie, właśnie NIE powinienem za to przepraszać. Nauka nie przepraszania za oddychanie była trudniejsza, niż mu się wydawało początkowo.
Podniósł się trochę niepewnie, spoglądając nieufnie na ten pierścionek. Nie dlatego, że nie ufał pierścionkowi - dlatego, że nie ufał jego zostawieniu. Ale powoli położył go na blacie. I wcale nie czuł się tak komfortowo, jak powinien się czuć. Właściwie w ogóle nie czuł się komfortowo. Serce czuł bardziej, mierzył każdy swój oddech, ale mimo tego złożył ze sobą dłonie i uśmiechnął się do Victorii zachęcająco. I tu nie chodziło o zaufanie Victorii, tym bardziej zaufanie Flynnowi - tu chodziło o to, jak przedmiot potrafi być bezpośrednio połączony z czyimś poczuciem bezpieczeństwa. Jak zwykły przedmiot potrafił odmieniać klimat scenerii, która nas otacza. Laurent przykrył pierścionek spodkiem od filiżanki - tylko po to, żeby koty nie uznały go za wystarczająco ciekawy przedmiot do zabawy.
- Nie chciałem, naprawdę, żebyś poczuła się źle... - Czuł się winny temu, że wprawił ją w takie zakłopotanie i takie problemy, że poczuła się zagrożona we własnym domu. Nie było niczego gorszego, prawda?