12.12.2024, 21:50 ✶
Mackenzie nie do końca pojmowała, dlaczego ktoś miał wzywać BUMowców, ponieważ zobaczył, że kto inny ląduje na jakimś balkonie na miotle. Jej nawet nie przyszłoby to do głowy. Zdecydowała jednak, że nie jest to kwestia, która zaprzątała ją na tyle, aby warto było się kłócić: wzruszyła więc tylko ramionami, dość obojętnie.
Nie kontynuowała może tematu, ale na pewno nie była skłonna przyznać, że nie powinna postępować w taki sposób.
– Też nie wiedziałem, że jesteś moim sąsiadem – odparła po prostu, zupełnie nieświadoma, że brzmiało to zapewne nieco dziwacznie. A był to po prostu jeden z jej skrótów myślowych.
Czemu miałby wiedzieć, że ma nową sąsiadkę? Ona nie miała pojęcia, że ma sąsiada. Prawdopodobne było zresztą bardzo, że choć jutro będzie pamiętała jeszcze samo spotkanie, to zapomni już jego twarz. Nie znała Theo: nie znała też jego matki, nie znała sąsiada mieszkającego piętro pod nią, po paru miesiącach kojarzyła tylko mgliście, że chyba nad nią mieszka jakaś starsza pani, a tego z naprzeciwka, co zabawne też noszącego imię Theodore, znała dobrze tylko dlatego, że przez siedem lat byli na jednym roku i, przede wszystkim, kilka lat grali przeciwko sobie w meczach quidditcha. Ludzie zlewali się Mackenzie zwykle w masę bezimiennych twarzy, pozbawionych cech charakterystycznych, pośród których nie potrafiła się odnaleźć i z którymi nigdy nie umiała rozmawiać.
To nie tak, że nie była spostrzegawcza. Na swój sposób była. Ale jej umysł pod pewnymi względami funkcjonował nieco inaczej niż u większości ludzi, i zwracała uwagę na zupełnie inne rzeczy niż by należało.
Jeżeli coś ją zaskakiwało, to że ten młody chłopak wiedział, że tutaj kiedyś mieszkała starsza pani i jeszcze zapamiętał jej nazwisko.
– Nie musisz mnie przepraszać – powiedziała i zmrużyła lekko oczy, nagle podejrzliwa. Przez ułamek sekundy uznała, że zapraszał ją tam, bo została rozpoznana i chciał pokazać się gdzieś z kimś znanym: zaraz jednak przypomniała sobie, że włosy opadające jej teraz na ramiona są czarne, i że z takiej odległości chyba nie powinien zorientować się, z kim ma do czynienia. Może naprawdę chciał przeprosić, tylko ni cholery nie rozumiała za co. – Nie piję kawy – dodała jeszcze, nagle czując się w obowiązku to dodać, jakby faktycznie było to ważną informacją. Kofeina może i szybko stawiała na nogi, ale Mackenzie wiernie podporządkowywała swoje życie sportowi, to zaś oznaczało picie dużych ilości wody, napary ziołowe i pozwalanie sobie czasem w chwilach szaleństwa na piwo.
Nie kontynuowała może tematu, ale na pewno nie była skłonna przyznać, że nie powinna postępować w taki sposób.
– Też nie wiedziałem, że jesteś moim sąsiadem – odparła po prostu, zupełnie nieświadoma, że brzmiało to zapewne nieco dziwacznie. A był to po prostu jeden z jej skrótów myślowych.
Czemu miałby wiedzieć, że ma nową sąsiadkę? Ona nie miała pojęcia, że ma sąsiada. Prawdopodobne było zresztą bardzo, że choć jutro będzie pamiętała jeszcze samo spotkanie, to zapomni już jego twarz. Nie znała Theo: nie znała też jego matki, nie znała sąsiada mieszkającego piętro pod nią, po paru miesiącach kojarzyła tylko mgliście, że chyba nad nią mieszka jakaś starsza pani, a tego z naprzeciwka, co zabawne też noszącego imię Theodore, znała dobrze tylko dlatego, że przez siedem lat byli na jednym roku i, przede wszystkim, kilka lat grali przeciwko sobie w meczach quidditcha. Ludzie zlewali się Mackenzie zwykle w masę bezimiennych twarzy, pozbawionych cech charakterystycznych, pośród których nie potrafiła się odnaleźć i z którymi nigdy nie umiała rozmawiać.
To nie tak, że nie była spostrzegawcza. Na swój sposób była. Ale jej umysł pod pewnymi względami funkcjonował nieco inaczej niż u większości ludzi, i zwracała uwagę na zupełnie inne rzeczy niż by należało.
Jeżeli coś ją zaskakiwało, to że ten młody chłopak wiedział, że tutaj kiedyś mieszkała starsza pani i jeszcze zapamiętał jej nazwisko.
– Nie musisz mnie przepraszać – powiedziała i zmrużyła lekko oczy, nagle podejrzliwa. Przez ułamek sekundy uznała, że zapraszał ją tam, bo została rozpoznana i chciał pokazać się gdzieś z kimś znanym: zaraz jednak przypomniała sobie, że włosy opadające jej teraz na ramiona są czarne, i że z takiej odległości chyba nie powinien zorientować się, z kim ma do czynienia. Może naprawdę chciał przeprosić, tylko ni cholery nie rozumiała za co. – Nie piję kawy – dodała jeszcze, nagle czując się w obowiązku to dodać, jakby faktycznie było to ważną informacją. Kofeina może i szybko stawiała na nogi, ale Mackenzie wiernie podporządkowywała swoje życie sportowi, to zaś oznaczało picie dużych ilości wody, napary ziołowe i pozwalanie sobie czasem w chwilach szaleństwa na piwo.