12.12.2024, 22:02 ✶
– Tak z czystej ciekawości. Jak często z ich powodu ktoś kończył z rozbitą głową, rozbitym nosem, złamanym sercem albo jako publiczne pośmiewisko? – spytała, całkiem szczerze zaintrygowana, bo w sumie to wycieczka do Białego Wiwerna pewnie skończyłaby się tym pierwszym. To mogłaby być jej głowa albo kogoś, komu rozbiłaby tę ona: wszystko pozostawało opcją otwartą. Czy wątpiła, że Atreus uważał swoje rady za świetne? Pewnie nie, ale już była święcie przekonana, że przynajmniej parę razy dał takie, które mogły wywołać jak najwięcej chaosu.
Nie że mogła to oceniać. Wprawdzie nigdy nie dawała celowo rad mających potencjał do zniszczenia, ale miewała już pomysły w rodzaju „chodźmy na spacer do Zakazanego Lasu obok legowiska wielkich pająków, co złego może się stać?”
– Pewnie z jego strony to był żart – odparła, zbywając to lekkim wzruszeniem ramion, chociaż po prawdzie niezbyt w to wierzyła. Brenna nie umiała już w Stanleyu Borginie widzieć człowieka: niechętna tej rodzinie od lat, z chwilą, w której dowiedziała się o głowie, a potem o jego zniknięciu, skłonna była przypisywać mu same negatywne cechy, a że nigdy nie poznała go naprawdę dobrze, nie znała specyfiki jego poczucia humoru. Dla niej to były dość niedorzecznie wyrażone groźby. – Zazdrosny, że woli pisać do mnie niż do ciebie? – zażartowała, odstawiając pustą już szklankę. Nie wypiła może dość, aby iść wymiotować w jakimś kącie czy czołgać się do domu, ale zdecydowanie więcej niż było to rozsądne na Nokturnie: nawet jeśli w Rejwachu czuła się bezpiecznie, choć pewnie było to trochę głupie.
Uśmiechnęła się lekko, trochę na jego uśmiech, a trochę na myśl o tym zapadnięciu się pod ziemię i wakacjach. Brenny tak naprawdę nigdy nie kusiła ucieczka: a przynajmniej nie dłuższa niż parę godzin w ruinach, w Kniei albo Forest of the Dean. Teraz, przez ułamek sekundy pomyślała, że może to faktycznie byłoby miłe.
I odrzuciła tę ideę równie szybko, jak ta się pojawiła.
Derwin, Cain, Jason, nie żyli. Mavelle, Lucy, Danielle, Charlie przepadli. Nie było już Patricka. Nie mogła ot tak sobie zniknąć i nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś się stało, a ona nie próbowała czegoś z tym zrobić – nie żeby wierzyła, że może zrobić jakąś wielką różnicę, ale nie robienie niczego nie miało dać rezultatów na pewno.
Być może jednak najlepszym, co mogła zrobić, było wycofanie się i nie wtrącanie, póki ktoś nie uzna, że jest potrzebna. W końcu wykonywanie rozkazów zawsze wychodziło jej najlepiej.
Możliwe, że w pewien sposób ta rzucona rada faktycznie jej pomogła.
– Mój brat ma dopiero trzydzieści lat, nie jestem pewna, czy mogę go zostawić bez opieki na dłużej – stwierdziła więc z powagą. – Hm… – Plany? Chyba nie zastanawiała się, co dalej, gdy tu przyszła. Gdyby w ogóle chciała myśleć, to wpadłaby na to, że pojawienie się na Nokturnie wieczorem i w dodatku jeszcze picie nie jest dobrym pomysłem. I może musiałaby przyznać sama przed sobą, że trochę szukała guza, za co niewątpliwie ochrzaniłaby każdego z przyjaciół. Na pewno jednak nie powinna przesiadywać w Rejwachu dłużej, bo nie chciała, by znalazł ją tutaj wujek. – Załatwienie świstoklika na wakacje o tej porze byłoby trudne, więc może po prostu poszukam jakiegoś lepszego alkoholu?
Nie że mogła to oceniać. Wprawdzie nigdy nie dawała celowo rad mających potencjał do zniszczenia, ale miewała już pomysły w rodzaju „chodźmy na spacer do Zakazanego Lasu obok legowiska wielkich pająków, co złego może się stać?”
– Pewnie z jego strony to był żart – odparła, zbywając to lekkim wzruszeniem ramion, chociaż po prawdzie niezbyt w to wierzyła. Brenna nie umiała już w Stanleyu Borginie widzieć człowieka: niechętna tej rodzinie od lat, z chwilą, w której dowiedziała się o głowie, a potem o jego zniknięciu, skłonna była przypisywać mu same negatywne cechy, a że nigdy nie poznała go naprawdę dobrze, nie znała specyfiki jego poczucia humoru. Dla niej to były dość niedorzecznie wyrażone groźby. – Zazdrosny, że woli pisać do mnie niż do ciebie? – zażartowała, odstawiając pustą już szklankę. Nie wypiła może dość, aby iść wymiotować w jakimś kącie czy czołgać się do domu, ale zdecydowanie więcej niż było to rozsądne na Nokturnie: nawet jeśli w Rejwachu czuła się bezpiecznie, choć pewnie było to trochę głupie.
Uśmiechnęła się lekko, trochę na jego uśmiech, a trochę na myśl o tym zapadnięciu się pod ziemię i wakacjach. Brenny tak naprawdę nigdy nie kusiła ucieczka: a przynajmniej nie dłuższa niż parę godzin w ruinach, w Kniei albo Forest of the Dean. Teraz, przez ułamek sekundy pomyślała, że może to faktycznie byłoby miłe.
I odrzuciła tę ideę równie szybko, jak ta się pojawiła.
Derwin, Cain, Jason, nie żyli. Mavelle, Lucy, Danielle, Charlie przepadli. Nie było już Patricka. Nie mogła ot tak sobie zniknąć i nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś się stało, a ona nie próbowała czegoś z tym zrobić – nie żeby wierzyła, że może zrobić jakąś wielką różnicę, ale nie robienie niczego nie miało dać rezultatów na pewno.
Być może jednak najlepszym, co mogła zrobić, było wycofanie się i nie wtrącanie, póki ktoś nie uzna, że jest potrzebna. W końcu wykonywanie rozkazów zawsze wychodziło jej najlepiej.
Możliwe, że w pewien sposób ta rzucona rada faktycznie jej pomogła.
– Mój brat ma dopiero trzydzieści lat, nie jestem pewna, czy mogę go zostawić bez opieki na dłużej – stwierdziła więc z powagą. – Hm… – Plany? Chyba nie zastanawiała się, co dalej, gdy tu przyszła. Gdyby w ogóle chciała myśleć, to wpadłaby na to, że pojawienie się na Nokturnie wieczorem i w dodatku jeszcze picie nie jest dobrym pomysłem. I może musiałaby przyznać sama przed sobą, że trochę szukała guza, za co niewątpliwie ochrzaniłaby każdego z przyjaciół. Na pewno jednak nie powinna przesiadywać w Rejwachu dłużej, bo nie chciała, by znalazł ją tutaj wujek. – Załatwienie świstoklika na wakacje o tej porze byłoby trudne, więc może po prostu poszukam jakiegoś lepszego alkoholu?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.