12.12.2024, 22:31 ✶
Crow wypuścił z siebie tak dużo powietrza i był od tej wypowiedzi tak spieczony, że poczuł się jak lokomotywa parowa. Przed chwilą było w nim tak dużo - tak się w nim nakłębiło wszystkiego, jakby miał od tego wybuchnąć, a teraz znowu - tak głęboka nicość, jakby cały świat stracił na znaczeniu. Czy to było możliwe, że on o nim tak myślał...? Czy naprawdę wszechświat dopuścił do takiego scenariusza jak oni razem?
Zacisnął oczy. Wiosenny poranek, kurwa mać. Słodkie i urocze były dzieci, a nie on. Mądrzy byli ci, którzy napisali powtarzane przez niego książki, stworzyli swoje teorie. On wcale nie był mądry - ale może faktycznie był od Laurenta mądrzejszy, bo kiedy się nad tym głębiej zastanowił, to ich dzieliło wiele lat, a więc i spora porcja doświadczenia. Wielki człowiek z niego naprawdę. Tak wielki, aby nie móc spojrzeć w oczy kolesiowi całującemu go w rękę.
- Dumny? Ze wszystkich rzeczy... czemu dumny?
Jeżeli ktoś tu był słońcem, to Prewett właśnie, bo aż go skóra od jego obecności piekła. I naprawdę chciał, żeby taką właśnie ta relacja została - jeżeli on też stanie się potworem, to ta bajka przestanie być piękna, a on nigdy nie lubił tych okropnych bajek z morałem, w których połowa bohaterów traciła oczy albo dziobały ich wrony. Pewnie dlatego, że te wrony zawsze pod koniec dziobały właśnie takich ludzi jak on, a Laurent kończył opowieść jako żona pięknego księcia.
- W sumie to nic z tego nie rozumiem.
Nic oprócz tego, że jednocześnie wygrał i przegrał na loterii zwanej miłością. Ale to wszystko było pojebane. Podobno uczucia to była jakaś chemia zachodząca w mózgu. Jego chemia w mózgu musiała naprawdę wybierać ludzi lubiących snuć jakieś wielkie plany i podboje, to już musiał być jakiś dziwaczny wzór. Niezależnie od tego czy chcieli powiększać wpływy w podziemiach, kraść portfele oczarowanych widzów, czy czyścić świat ze Śmierciożerców, wszyscy byli walnięci. No, wyjątkiem był Cain, ale kto wie, może on też zaraz wyjedzie mu z jakimś planem wojennym przeciwko czarnoksięstwu.
Zacisnął oczy. Wiosenny poranek, kurwa mać. Słodkie i urocze były dzieci, a nie on. Mądrzy byli ci, którzy napisali powtarzane przez niego książki, stworzyli swoje teorie. On wcale nie był mądry - ale może faktycznie był od Laurenta mądrzejszy, bo kiedy się nad tym głębiej zastanowił, to ich dzieliło wiele lat, a więc i spora porcja doświadczenia. Wielki człowiek z niego naprawdę. Tak wielki, aby nie móc spojrzeć w oczy kolesiowi całującemu go w rękę.
- Dumny? Ze wszystkich rzeczy... czemu dumny?
Jeżeli ktoś tu był słońcem, to Prewett właśnie, bo aż go skóra od jego obecności piekła. I naprawdę chciał, żeby taką właśnie ta relacja została - jeżeli on też stanie się potworem, to ta bajka przestanie być piękna, a on nigdy nie lubił tych okropnych bajek z morałem, w których połowa bohaterów traciła oczy albo dziobały ich wrony. Pewnie dlatego, że te wrony zawsze pod koniec dziobały właśnie takich ludzi jak on, a Laurent kończył opowieść jako żona pięknego księcia.
- W sumie to nic z tego nie rozumiem.
Nic oprócz tego, że jednocześnie wygrał i przegrał na loterii zwanej miłością. Ale to wszystko było pojebane. Podobno uczucia to była jakaś chemia zachodząca w mózgu. Jego chemia w mózgu musiała naprawdę wybierać ludzi lubiących snuć jakieś wielkie plany i podboje, to już musiał być jakiś dziwaczny wzór. Niezależnie od tego czy chcieli powiększać wpływy w podziemiach, kraść portfele oczarowanych widzów, czy czyścić świat ze Śmierciożerców, wszyscy byli walnięci. No, wyjątkiem był Cain, ale kto wie, może on też zaraz wyjedzie mu z jakimś planem wojennym przeciwko czarnoksięstwu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.