Ożywił się momentalnie i to bardzo - Shackelbottowie stali się nagle nie ewentualnością, opcją, a koniecznością. Planem do realizacji - oni i ich oceanarium. Powinien ją poprosić o pójście tam? Florence nie była mu potrzebna w rozumieniu niezbędności, że bez niej sobie nie poradzi, ale może to będzie miły sposób na spędzenie razem czasu? Ale może powinien pójść tam sam, żeby intymność tego doznania pozostała jego i tylko jego? Wydawało się to tak mocno osobiste, że rozchodziło się pod skórą oczekiwaniem tego wydarzenia - mrowieniem, które czekało, by zachwycić.
- To jest wspaniały pomysł! Och, Florence... ostatnio czuję, że nawet moim własnym umysłem niewiele mogę zdziałać i zawalczyć, czuję się... za głupi. - Czuł się tak, a nie mógł być głupi. Nie było go przecież na to stać, już i tak wystarczyło, że kości można było na nim policzyć. Musisz jeść. Przy tym napływie energii i jedzenie stawało się prostsze. - Hmm? Tak, tak, oczywiście. Będę uważał, przecież zawsze uważam... - To był dokładnie ten moment, w którym kto jak to, ale Florence dobrze wiedziała, że Laurent niby słuchał, ale teraz plótłby cokolwiek i potwierdził pewnie wiele dziwnych rzeczy, pochłonięty światem swoich myśli. Ten zaś potrafił być szalenie bogaty. - Czemu miałbym się starać dla nich, są tutaj tak nieistotni - Nawet lekko ruszył ręką, jakby się odganiał od tych dwóch osobistości, w które był zapatrzony większą część swojego życia. Nadal był. Dlatego te słowa, wypowiedziane niemalże zirytowanym tonem, były jak krzywe zwierciadło jego codzienności. A wypowiedział je teraz tak, jakby rzeczywiście tak myślał. Myślał. W tej drobniutkiej chwili, w której pochłonęła go ekscytacja unosząca na skrzydłach, pozwalająca zapomnieć o tragedii statku, Windermere i wszystkich innych dobijających wydarzeniach. To był tylko dowód tego, jak na tę chwilę daleko odpłynął myślami. Nie zdawał sobie przy tym najmniejszej sprawy z tego, co o tym myślała Florence i że w tej chwili była całkiem zmartwiona. Dopiero jej następne pytanie ściągnęło go
obłoków. Albo... z morskich fal.
- Eliksiry przeciwogniowe? - Zapytał z rozkojarzeniem, nie łapiąc od razu tego, że to dokładnie ten moment, w którym powinna minąć radość i ścisnąć go stres. Jeszcze nie. To przyszło wraz z wytłumaczeniem. Napiął się, niespokojnie poprawił na krześle i w jednym ze swoich tików zaczął obkręcać pierścionek na palcu. - Znowu? Zaatakują znowu? - To nie powinno dziwić, ale... wydawało się to tak szybko. I Laurent poczuł się wobec tego całkowicie bezbronny. - Znowu w następne święto..? - Zapytał ostrożnie.