- Chciałbym ci pokazać, jak wspaniale brzmisz w moich uszach, ale to może być całkiem kłopotliwe. - Sam chciałby wiedzieć, dlaczego nie potrafił tego zrozumieć. Czemu Flynn nie potrafił zaakceptować.. ah, no przecież. Ledwo ta myśl zrodziła się w jego głowie, a już miał odpowiedź do tego. Był łamany tak wiele razy, że zapomniał, że można się widzieć w lustrze jako istotę ludzką, a nie podrzędnego szczura chowającego się po kanałach. Rozumiał To, naprawdę. Potrafił się z tym nawet utożsamić. Wydaje ci się, że wyglądasz dobrze w lustrze... nie, ty nawet wiesz, że wyglądasz dobrze. Fizycznie się wszystko zgadza, polecą nawet na twoje niedoskonałości. Tylko... co potem? Co dalej? Głębiej - wszystko co pod skórą opatrzoną tyloma tatuażami, w tym jednym z imieniem Fontaine. Laurent chętnie zalałby ten fragment skóry czarnym tuszem. Przykrycie tego napisu czarnym krukiem było idealne. - A tak. - Dotknął palcem krańca jego nosa, kiedy ten się odwrócił z tym uśmiechem. Jego zacięcie i zawahanie tam było akurat bardzo celowe, efekt zaś go całkiem zadowolił. Właściwie to miał to niespokojne poczucie, że ma problemy z byciem... zabawnym. Żarty - żartować z czego? Jak? I jakie poczucie humoru miał w zasadzie Flynn? To kolejna taka drobnostka, która zajmowała jego głowę i wzrastała do rangi problemu podobnego tsunami zalewającego Japonię. Na szczęście wielkich fal na razie nie wypatrywali.
Odruchowo podkulił ręce pod siebie, kiedy tak się uniósł - jakby był piórkiem. Uwielbiał to uczucie - dlatego tak kochał latać na grzbietach abraksanów czy hipogryfów. A to doznanie było jeszcze inne. Jeszcze bardziej... lekkie i nieograniczające. Diva podskoczyła jak oparzona, kiedy Flynn tylko drgnął i wskoczyła na inny fotel, zaniepokojona - albo oburzona? Ktokolwiek potrafił czytać z kocich ślepi ten zawsze mógł wyczytać: pełna pogardy. Księżniczka była urażona tak trywialnym potraktowaniem jej jakże poważnych, kocich powitań.
- Good booy... - Wyciągnął rękę do czarnych włosów, żeby go pogłaskać czule. - Lubię, kiedy jesteś tak uśmiechnięty. - Kiedy w ogóle był uśmiechnięty, ale ten konkretny grymas nosił w sobie tę dozę zadowolenia, rozleniwienia, pewnej... wolności. Blondyn z dozą ulgi wyprostował nogi i trochę się przeciągnął, przesuwając zaraz kilka razy dłońmi po ugniecionych udach. - Uwielbiam. - Książki były pożywką dla duszy - ale Laurent lubił pożywkę dla duszy w każdej formie. Śpiewie, malunku, teatrze. Jednak książki i muzyka przemawiały do niego najbardziej. - Czytuję róóżne rzeczy... - Zastanowił się przez moment. - Lubię poezję, której ty nie lubisz. - Uśmiechnął się na moment szerzej. - Dzieła filozofów... i opowieści o dzielnych rycerzach i księżniczkach w wieży. Mówię poważnie. - Historie i opowiadania, które pozwalały się na chwilę oderwać, odciąć, zanurzyć w fikcji, w której wszystko się w końcu udawało. - Baśnie i legendy... coś się znajdzie w tej biblioteczce. - Wyciągnął różdżkę i obrócił się w kierunku regału z książkami. Na pierwszy rzut oka nic ciekawego - dzieła dotyczące magicznych stworzeń, encyklopedie roślin, ale i wspomniane tomiki poezji. Tym nie mniej Laurent nie sięgnął po tomik poezji. Poruszył nią bardzo powoli i pieczołowiicie... i posłuchała, choć trochę niepewnie wyciągając klasykę - Baśnie barda Beedle'a. - To raczej dość oklepane baśnie... - Przesunął palcami po pięknie zdobionym grzbiecie ze skóry. - Ma mocną zaletę - obrazki. - Otworzył pierwszą stronę, gdzie już była przepiękna, ręczna ilustracja poruszająca się i ciesząca oczy czarodziejem dzierżącym pióro, który właśnie spisywał coś na pergaminie i zerkał z uśmiechem na czytelnika. - Chcesz poczytać? Czy lubisz, kiedy to tobie ktoś czyta. - Bo jakoś nie podejrzewał, że sam lubił czytać na głos.
Takim sposobem byli zajęci już do końca dnia.