14.12.2024, 01:55 ✶
Skrzywiła się na moment, marszcząc brwi w konfuzji, bo sugestia spisku wpierw wydała jej się niezwykle niedorzeczna. Otworzyła usta, chcąc zaprzeczyć, ale w porę ją olśniło, że to oczywiste wydaje się tylko jej. I to tylko dlatego, że swój pozna swego.
Dorastanie w środowisku pełnym osób, które we własnym mniemaniu urodziły się lepsze od reszty pospólstwa, skrzywiało człowieka. Z zewnątrz wyglądało to na sielskie życie w krainie miodem i mlekiem płynącej, gdzie bogactwa i wiążące się z nim przywileje się nie kończą. W praktyce był to przeklęty wyścig szczurów od kolebki, bo skoro wszyscy byliście tak pierdolenie wspaniali, to tylko perfekcja mogła was od siebie odróżnić. I można było dywagować, że da się ją osiągnąć ciężką pracą, ale ta perfekcja była zwyczajnie nieludzka i nieosiągalna, więc, zamiast wysuwać się na prowadzenie samodzielnie, zgodnie z zasadami fair play, trzeba było przeciwnikom podkładać nogi. A wrogiem był każdy.
Uśmiechnęła się kwaśno. Nie, nawet nie kwaśno - uśmiechnęła się zwyczajnie smutno, słysząc, że to okropne żyć w takim świecie. Jak miała zaprzeczyć? A co gorsza, jak miała się zgodzić, by nie zabrzmiało to jak szukanie współczucia i litości, których za żadne skarby sobie nie życzyła?
- Nie ma czegoś takiego jak głupie błędy, Alastor - odezwała się wreszcie, cicho i markotnie, grobowym wręcz tonem. - Przynajmniej nie w takiej rzeczywistości. - Westchnęła ciężko, znowu uciekając gdzieś wzrokiem. Nie mogła znieść, że jeszcze przed chwilą dawała upust swojej frustracji poprzez besztanie Perseusa za jego plecami, a potem - nim zdążyła mrugnąć - ich rozmowa płynnie przeszła w coś tak personalnego, że aż poczuła gorycz wypalającą trzewia.
Zgadzała się, że konsekwencje powinny być wymierne do wagi popełnionego czynu. Niemniej zbyt wiele razy była świadkiem ostrych reprymend, kiedy ktoś śmiał oprzeć łokcie na stole podczas obiadu, rękoczynów, kiedy ktoś nie zwrócił się do ojca z szacunkiem należytym imperatorowi. Nie wspominając już, co się stało z Elliottem, kiedy jego chłopięce miłostki wyszły na jaw i okazały się być niezgodne z tradycyjnym modelem toksycznej rodziny. Pamiętała to jakby to było wczoraj, bo przecież sama przyłożyła rękę, by afera ujrzała światło dzienne.
I tak samo jak Perseusz poniósł niewymierne konsekwencje, tak samo Eden odniosła niewymierny sukces. W normalnym świecie on nie powinien zostać ukarany, a jej nie powinien nikt gratulować. Sęk w tym, że w ich smutnej rzeczywistości kompas moralny wisiał do góry nogami.
Nie chciała ku niemu patrzeć, bo czuła, jak szklana tafla wody nie tylko odbija się w jej oczach, ale również na nich zaczyna się tworzyć. Moody nie sprawiał jej przykrości, ale jego słowa uderzały w struny, którym nigdy dotąd nie pozwalała wybrzmieć.
- Nie jestem od nikogo niezależna - odezwała się wreszcie, a słowa niosły ze sobą nuty frustracji. - Wszystko, co posiadam, mam dzięki ojcu. Niczego nie osiągnęłam w życiu samodzielnie. Nie wiedziałabym, co to ciężka praca, nawet jeśli w tym momencie wyłoniłaby się z wody i kopnęła mnie w twarz. - Brzmiała, jakby miała za złe Alastorowi, że w ogóle śmie postrzegać ją jako kogoś, komu należy się szacunek. Jakby denerwowała ją sama insynuacja, że jest odrębnym od rodziny bytem. - Prawda jest taka, że bez ojca jestem nikim. Prawda jest też taka, że dzięki ojcu jestem potworem. Niemniej wolę być potworem niż nikim, bo brak jakiegokolwiek znaczenia by mnie zabił. - Skwitowała, a potem obwinęła się szczelnie rękoma, jakby nagle zrobiło jej się nieopisanie zimno. Jakby wyrzuciła z siebie wszystko, co ciążyło teraz na duszy, a potem zamknęła się na świat zewnętrzny, żeby nie odbiło się w nią rykoszetem.
Dorastanie w środowisku pełnym osób, które we własnym mniemaniu urodziły się lepsze od reszty pospólstwa, skrzywiało człowieka. Z zewnątrz wyglądało to na sielskie życie w krainie miodem i mlekiem płynącej, gdzie bogactwa i wiążące się z nim przywileje się nie kończą. W praktyce był to przeklęty wyścig szczurów od kolebki, bo skoro wszyscy byliście tak pierdolenie wspaniali, to tylko perfekcja mogła was od siebie odróżnić. I można było dywagować, że da się ją osiągnąć ciężką pracą, ale ta perfekcja była zwyczajnie nieludzka i nieosiągalna, więc, zamiast wysuwać się na prowadzenie samodzielnie, zgodnie z zasadami fair play, trzeba było przeciwnikom podkładać nogi. A wrogiem był każdy.
Uśmiechnęła się kwaśno. Nie, nawet nie kwaśno - uśmiechnęła się zwyczajnie smutno, słysząc, że to okropne żyć w takim świecie. Jak miała zaprzeczyć? A co gorsza, jak miała się zgodzić, by nie zabrzmiało to jak szukanie współczucia i litości, których za żadne skarby sobie nie życzyła?
- Nie ma czegoś takiego jak głupie błędy, Alastor - odezwała się wreszcie, cicho i markotnie, grobowym wręcz tonem. - Przynajmniej nie w takiej rzeczywistości. - Westchnęła ciężko, znowu uciekając gdzieś wzrokiem. Nie mogła znieść, że jeszcze przed chwilą dawała upust swojej frustracji poprzez besztanie Perseusa za jego plecami, a potem - nim zdążyła mrugnąć - ich rozmowa płynnie przeszła w coś tak personalnego, że aż poczuła gorycz wypalającą trzewia.
Zgadzała się, że konsekwencje powinny być wymierne do wagi popełnionego czynu. Niemniej zbyt wiele razy była świadkiem ostrych reprymend, kiedy ktoś śmiał oprzeć łokcie na stole podczas obiadu, rękoczynów, kiedy ktoś nie zwrócił się do ojca z szacunkiem należytym imperatorowi. Nie wspominając już, co się stało z Elliottem, kiedy jego chłopięce miłostki wyszły na jaw i okazały się być niezgodne z tradycyjnym modelem toksycznej rodziny. Pamiętała to jakby to było wczoraj, bo przecież sama przyłożyła rękę, by afera ujrzała światło dzienne.
I tak samo jak Perseusz poniósł niewymierne konsekwencje, tak samo Eden odniosła niewymierny sukces. W normalnym świecie on nie powinien zostać ukarany, a jej nie powinien nikt gratulować. Sęk w tym, że w ich smutnej rzeczywistości kompas moralny wisiał do góry nogami.
Nie chciała ku niemu patrzeć, bo czuła, jak szklana tafla wody nie tylko odbija się w jej oczach, ale również na nich zaczyna się tworzyć. Moody nie sprawiał jej przykrości, ale jego słowa uderzały w struny, którym nigdy dotąd nie pozwalała wybrzmieć.
- Nie jestem od nikogo niezależna - odezwała się wreszcie, a słowa niosły ze sobą nuty frustracji. - Wszystko, co posiadam, mam dzięki ojcu. Niczego nie osiągnęłam w życiu samodzielnie. Nie wiedziałabym, co to ciężka praca, nawet jeśli w tym momencie wyłoniłaby się z wody i kopnęła mnie w twarz. - Brzmiała, jakby miała za złe Alastorowi, że w ogóle śmie postrzegać ją jako kogoś, komu należy się szacunek. Jakby denerwowała ją sama insynuacja, że jest odrębnym od rodziny bytem. - Prawda jest taka, że bez ojca jestem nikim. Prawda jest też taka, że dzięki ojcu jestem potworem. Niemniej wolę być potworem niż nikim, bo brak jakiegokolwiek znaczenia by mnie zabił. - Skwitowała, a potem obwinęła się szczelnie rękoma, jakby nagle zrobiło jej się nieopisanie zimno. Jakby wyrzuciła z siebie wszystko, co ciążyło teraz na duszy, a potem zamknęła się na świat zewnętrzny, żeby nie odbiło się w nią rykoszetem.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~