14.12.2024, 22:20 ✶
– Och no wkurwiłam się a nie zirytowała, sorry ale to totalnie dwa różne stany i było tam sporo litości wiesz, bo mój były odwiedził mnie w lecznicy i pomyślał, hej będę udawać, że nie jesteś wariatką, zabiorę Cię między ludzi, hehe niezła dupera z Ciebie chociaż taka koścista. – Teatralnie wywróciła oczami na samo wspomnienie. Znaczy, możliwe, że gdyby przegadali całą sytuację na spokojnie, to nie skończyłoby się chińszczyzną, ale nie dało się ukryć, że taki był finał i strasznie ją to swędziało z tyłu głowy.
Z drugiej strony nie byli teraz na balu, a leżeli na poduchach zapatrzeni w wykurwiście rozgwieżdżone niebo, oddychając głęboko morskim powietrzem. Nie było ogrodu, nie było Eden szepczącej coś Alastorowi, który szczerzył się tak jakby rzeczywiście posadził dupę w rajskim ogrodzie i zeżarł wszystkie jabłka z drzewa na środku tego przeklętego miejsca. Nie było Isaaca, Christiana, Basiliusa, nie było Thomasa, nie było nic. Tylko oni i gwiazdy i cichy szum fal.
Nienaturalnie piękny spokój.
Ze zdziwieniem zauważyła, że się rozluźnia. Ba! Nawet uśmiechnęła się lekko, słuchając tego co mówił.
– Mało o sobie wiemy. Nawet jakbyś zaprzeczył, bo nie wiem, okazałoby się, że stalkowałeś mnie przez całą szkołę, to powiem Ci, że wszystko się rozjebało ostatnio. – To było dziwne, gdy jej głos przeszedł nieoczekiwanie w szept, jakby dzieliła się z nim najpilniej strzeżonym sekretem, choć te też przychodziło jej w tym miesiącu łatwo rzucać, sprzedawać niemal za darmo, za papierosa na tyłach czyściuszkowego wesela pełnego czerni i czerwieni. Odetchnęła nieco drżąco na wspomnienie lecznicy, ale to przecież miało sens. Na wodzie jesteś wolny, chociaż wcale nie. Z drugiej strony pachniało jej to nie tyle przygodą co ucieczką. Ucieczką ciekawszą niż śmierć, skoro zdarzało jej się umrzeć tyle razy, jakby była McKinnonem.
– To brzmi... bardzo... – nie mogła przez moment znaleźć słów, czując, że oczy jej się zeszkliły w nagłej myśli, gdy złapała się na chęci ucieczki od wszystkich i wszystkiego. Była niesprawiedliwa oczywiście, wiele dusz się o nią martwiło, wiele się troszczyło faktem, że nie potrafiła stanąć na własnych nogach - ani teraz, ani przed pierdolonym Beltane. Ale jej dusza była niespokojna, a przekonania na których stała nie tyle upadały, co plątały się poddając w wątpliwość ścieżkę zawodową którą obrała bo prywatnej... cóż, nie posiadała żadnej. Nie skończyła jeszcze 30 lat, ale czuła że czas rozliczeń dopadł i ją. Pytań co udało jej się osiągnąć poza przeżyciem.
– Proszę, obiecaj mi, że jak będziesz znowu płynął to dasz mi znać okej? Jeśli do tego czasu nie zakumam o co chodzi... Chciałabym spróbować. Bo nie powiem, że tu na lądzie nic na mnie nie czeka. Mam takie poczucie, że tutaj czeka na mnie zbyt wiele. – Nie patrzyła na niego, tylko w niebo, ale miała nadzieję, wielką nadzieję, że nie spuści jej w kiblu kolejnymi pytaniami, ale roztoczy dalej ballady o pływaniu, o byciu żeglarzem, o nudzeniu się i sztormach, które sprawiają, że statki płyną pod wodą. O syrenach. O skarbach. O morskich potworach, które jakoś da się oszukać. Jego spokój tonował ją w przyjemny sposób.
Czyżby źle sprawdził pogodę? Czyżby spodziewając się sztormu zastał bezchmurną, gwieździstą noc?
Z drugiej strony nie byli teraz na balu, a leżeli na poduchach zapatrzeni w wykurwiście rozgwieżdżone niebo, oddychając głęboko morskim powietrzem. Nie było ogrodu, nie było Eden szepczącej coś Alastorowi, który szczerzył się tak jakby rzeczywiście posadził dupę w rajskim ogrodzie i zeżarł wszystkie jabłka z drzewa na środku tego przeklętego miejsca. Nie było Isaaca, Christiana, Basiliusa, nie było Thomasa, nie było nic. Tylko oni i gwiazdy i cichy szum fal.
Nienaturalnie piękny spokój.
Ze zdziwieniem zauważyła, że się rozluźnia. Ba! Nawet uśmiechnęła się lekko, słuchając tego co mówił.
– Mało o sobie wiemy. Nawet jakbyś zaprzeczył, bo nie wiem, okazałoby się, że stalkowałeś mnie przez całą szkołę, to powiem Ci, że wszystko się rozjebało ostatnio. – To było dziwne, gdy jej głos przeszedł nieoczekiwanie w szept, jakby dzieliła się z nim najpilniej strzeżonym sekretem, choć te też przychodziło jej w tym miesiącu łatwo rzucać, sprzedawać niemal za darmo, za papierosa na tyłach czyściuszkowego wesela pełnego czerni i czerwieni. Odetchnęła nieco drżąco na wspomnienie lecznicy, ale to przecież miało sens. Na wodzie jesteś wolny, chociaż wcale nie. Z drugiej strony pachniało jej to nie tyle przygodą co ucieczką. Ucieczką ciekawszą niż śmierć, skoro zdarzało jej się umrzeć tyle razy, jakby była McKinnonem.
– To brzmi... bardzo... – nie mogła przez moment znaleźć słów, czując, że oczy jej się zeszkliły w nagłej myśli, gdy złapała się na chęci ucieczki od wszystkich i wszystkiego. Była niesprawiedliwa oczywiście, wiele dusz się o nią martwiło, wiele się troszczyło faktem, że nie potrafiła stanąć na własnych nogach - ani teraz, ani przed pierdolonym Beltane. Ale jej dusza była niespokojna, a przekonania na których stała nie tyle upadały, co plątały się poddając w wątpliwość ścieżkę zawodową którą obrała bo prywatnej... cóż, nie posiadała żadnej. Nie skończyła jeszcze 30 lat, ale czuła że czas rozliczeń dopadł i ją. Pytań co udało jej się osiągnąć poza przeżyciem.
– Proszę, obiecaj mi, że jak będziesz znowu płynął to dasz mi znać okej? Jeśli do tego czasu nie zakumam o co chodzi... Chciałabym spróbować. Bo nie powiem, że tu na lądzie nic na mnie nie czeka. Mam takie poczucie, że tutaj czeka na mnie zbyt wiele. – Nie patrzyła na niego, tylko w niebo, ale miała nadzieję, wielką nadzieję, że nie spuści jej w kiblu kolejnymi pytaniami, ale roztoczy dalej ballady o pływaniu, o byciu żeglarzem, o nudzeniu się i sztormach, które sprawiają, że statki płyną pod wodą. O syrenach. O skarbach. O morskich potworach, które jakoś da się oszukać. Jego spokój tonował ją w przyjemny sposób.
Czyżby źle sprawdził pogodę? Czyżby spodziewając się sztormu zastał bezchmurną, gwieździstą noc?