Dlaczego Lorraine zakładała takie podłe rzeczy? W życiu nie chodziło mu o krzywdę innych osób, a o fakt, że próbował odbić od siebie podejrzenia. Chciał skierować myśli Malfoyówny na inne tory. Sprawić, że może temat zejdzie na inny tor - daleki, odjeżdżający w kierunku stacji "Niewinność". Jak wyszło? Cóż, klasycznie. Pomysł dobry, ale wykonanie standardowe - chujowe.
- Nie...? - odpowiedział. Jak tak teraz się nad tym zastanawiał to rzeczywiście, zabrzmiało to całkiem źle, a nie taka była forma przekazu jaką chciał uskutecznić - No to nie tak... Dobrze o tym wiesz - dodał. Sytuacja była na tyle poważna, że nawet próba sabotażu w wykonaniu Flądry, nie sprawiła, że ten miałby chęć się roześmiać.
Kiedy tylko rozdał karty, kupując sobie trochę czasu, nie omieszkał naprawić swoich wielkich win, które wyrządził Flądrze. Pac, pac Przejechał kilkukrotnie po grzebiecie ich wspólnego stworzenia, które dźwięcznie zamruczało w zadowoleniu. Gdyby tylko Stanley był odrobinę bogatszy i miał odrobinę większe wpływy to mógłby się nazywać jakimś ojcem chrzestnym czy czymś w tym stylu. Z drugiej strony mógł nim zostać dużo szybciej i sprawniej, ale ktoś z jego najbliższych musiałby się wziąć do pracy... Nikomu się jednak do tego nie śpieszyło - ani rodzinie, ani przyjaciołom... Wielka szkoda.
- To bardzo łaskawe pani sędzino - przyznał, spoglądając w kierunku przyjaciółki znad swoich kart. Dziewiątka, dziesiątka, dziesiątka, jopek i as Nie wiele mógł z tego ugrać. Trzeba było trochę blefować - Wymieniam trzy - stwierdził, upraszczając zasady do minimum. Nie pytał o otwarcie, bo nie o to tutaj chodziło. Karty miały być tylko elementem otoczenia, może próbą uspokojenia Stanleya, który reagował jak rozwścieczona kuna na temat jakim było Beltane.
Szybka wymiana kart o której wspomniał, przeniesienie wzroku na blondynkę - trochę jakby pytał "a Ty ile kart wymieniasz?". Gorzej jeżeli dostała dobrą rękę od startu... wtedy cóż, było źle.
- Jest dosyć zasadnicza różnica w życiu ze śmierci. Bo jedni, na przykład Ty, żyją z przysłowiowego sprzątania ze śmierci. Wykonują ciężką pracę, bo komuś innemu chciało się chwycić za broń. Pozbyć się kogoś. Może nawet grupy osób? - mówił powoli - A druga strona medalu, która wykonuje swoją... "Robotę", abyś Ty miała na chleb - uniósł wolną dłoń, aby wykonać przysłowiowy znak cudzysłowie w odpowiednim momencie - W zarabianiu na życiu nie ma nic złego w Twoim przypadku. Dajesz ukojenie zranionym i skaleczonym duszom, które tego pragną. Płacą często najwyższą cenę, a Ty im to dajesz. Spokój, zrozumienie, ratunek. Pozwalasz im o tym wszystkim zapomnieć. Nie ma znaczenia czy robisz to z pobudek własnego serca, portfela czy wielkiej misji obywatelskiej. Takie już jest to nasze życie - wzruszył ramionami, skrobiąc Flądrę po główce. Kotka zaś masowała krzyżówki, które chyba też tego potrzebowały, wszak pani z okładki wydawała się na całkiem uśmiechniętą dziewoję.
- Zagramy va banque - stwierdził - Wygrasz, powiem Ci wszystko co się tam wydarzyło, ale tylko ze swojej perspektywy i tylko to, co mogę powiedzieć. Ty zaś wtedy będziesz musiała przysiąść, że nikomu tego nie powiesz. Żadnych umów podpisywać nie będziemy, bo słowo jest ważniejsze, niż kawałek kartki z atramentem - spojrzał ponownie w swoje karty - Zaś jeżeli ja wygram... Już nigdy nie poruszysz tematu Beltane. Zgoda? - zapytał. Propozycja uczciwa, która powinna odpowiadać wszystkim stronom. A nóż, gdyby wygrał Borgin i Lorraine musiałaby zapomnieć, może by jej poopowiadał o wszystkim na jakiejś libacji alkoholowej? Kto wie, kto wie...
Nie czekając jednak zbyt długo na odpowiedź, a prawdę mówiąc to wcale, położył swoje rozdanie, spoglądając na przyjaciółkę.
- Sprawdzam - rzucił szybko, czekając na jej karty.
Rzut na wynik kart
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972