15.12.2024, 03:19 ✶
Praca w administracji szpitala może nie była najciekawszym zajęciem na świecie, ale jej niezaprzeczalną zaletą było to, że zawsze kończyło się o konkretnej godzinie. Kiedy tylko zegar wskazywał koniec pracy, Jolene opuszczała progi Munga, zostawiając za sobą denerwujących petentów oraz apodyktyczne kierownictwo (co prawda nie wszyscy tacy byli, ale te typy osób najbardziej działały jej na nerwy) by móc poświęcić się o wiele przyjemniejszym czynnościom. Pierwotnie planowała zająć się dzisiaj odchwaszczaniem ogródka, ale przez pogodę nie było to możliwe. Zamiast tego, popołudnie upłynęło jej na czytaniu romansidła oraz popijaniu świeżo wyciśniętej lemoniady.
Wreszcie cisza i spokój. Bo jak bardzo Jo nie uwielbiałaby słuchać codziennej krzątaniny swojej rodziny, czasami potrzebowała też chwili dla siebie. Dzisiaj akurat trafiła się taka okazja, ponieważ Julian dalej był w pracy, Alice wyszła gdzieś z koleżanką, a Hestia pojechała do Londynu ćwiczyć transmutację z babcią. Początkowo Jolene miała wątpliwości, czy na pewno jej matka jest odpowiednim wyborem na nauczyciela (biorąc pod uwagę jej podejście do wychowywania dzieci), ale ostatecznie okazało się, że zależy jej na dobrych relacjach z wnuczkami. Może niektóre osoby po prostu sprawdzały się lepiej jako babcie niż matki? Tak czy siak, lekcje u Georginy wyraźnie pomagały Hestii w kontrolowaniu metamorfomagii, a że najmłodsza Bletchley nie wykazywała po nich żadnych negatywnych zachowań, kontynuowanie spotkań z babcią było w interesie wszystkich.
Swoją drogą, niedługo już powinna się zbierać, by teleportować się do Londynu. Jo niechętnie wstała z fotela i przeciągając się, zerknęła na zegar. Zaraz, czy Alice nie powinna była już wrócić o tej porze? Kierowana jakimś matczynym przeczuciem, podeszła do okna w kuchni, z którego mogła zobaczyć dwie zbliżające się sylwetki. Po bliższym przyjrzeniu, faktycznie okazało się, że to Alice i Brenna, tylko z jakiegoś powodu całe pokryte były błotem?!
Jeszcze zanim dziewczyny zdołały zapukać, drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie. W progu ukazała się im Jolene z rudymi włosami (bo na taki kolor wtedy farbowała swoje blond włosy) oraz zmarszczonymi brwiami.
– Co się stało? – spytała tonem, który nie świadczył o złości, ale raczej o próbie przeanalizowania sytuacji. Jednocześnie przyglądała się uważnie nastolatkom, próbując wypatrzeć nie tylko plamy i siniaki, ale także kolory ich aur. – Na razie zostańcie tutaj, bo jeszcze pobrudzicie podłogę. Przyniosę wam jakieś ręczniki. – mówiąc to, zniknęła za drzwiami.
Wreszcie cisza i spokój. Bo jak bardzo Jo nie uwielbiałaby słuchać codziennej krzątaniny swojej rodziny, czasami potrzebowała też chwili dla siebie. Dzisiaj akurat trafiła się taka okazja, ponieważ Julian dalej był w pracy, Alice wyszła gdzieś z koleżanką, a Hestia pojechała do Londynu ćwiczyć transmutację z babcią. Początkowo Jolene miała wątpliwości, czy na pewno jej matka jest odpowiednim wyborem na nauczyciela (biorąc pod uwagę jej podejście do wychowywania dzieci), ale ostatecznie okazało się, że zależy jej na dobrych relacjach z wnuczkami. Może niektóre osoby po prostu sprawdzały się lepiej jako babcie niż matki? Tak czy siak, lekcje u Georginy wyraźnie pomagały Hestii w kontrolowaniu metamorfomagii, a że najmłodsza Bletchley nie wykazywała po nich żadnych negatywnych zachowań, kontynuowanie spotkań z babcią było w interesie wszystkich.
Swoją drogą, niedługo już powinna się zbierać, by teleportować się do Londynu. Jo niechętnie wstała z fotela i przeciągając się, zerknęła na zegar. Zaraz, czy Alice nie powinna była już wrócić o tej porze? Kierowana jakimś matczynym przeczuciem, podeszła do okna w kuchni, z którego mogła zobaczyć dwie zbliżające się sylwetki. Po bliższym przyjrzeniu, faktycznie okazało się, że to Alice i Brenna, tylko z jakiegoś powodu całe pokryte były błotem?!
Jeszcze zanim dziewczyny zdołały zapukać, drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie. W progu ukazała się im Jolene z rudymi włosami (bo na taki kolor wtedy farbowała swoje blond włosy) oraz zmarszczonymi brwiami.
– Co się stało? – spytała tonem, który nie świadczył o złości, ale raczej o próbie przeanalizowania sytuacji. Jednocześnie przyglądała się uważnie nastolatkom, próbując wypatrzeć nie tylko plamy i siniaki, ale także kolory ich aur. – Na razie zostańcie tutaj, bo jeszcze pobrudzicie podłogę. Przyniosę wam jakieś ręczniki. – mówiąc to, zniknęła za drzwiami.