15.12.2024, 11:36 ✶
Zamruczała z cichym zadowoleniem, gdy dopadł się do jej ust. Smak gorących warg i otumaniającego dumy był przyjemnym rozpoczęciem poranka. Kiedy ostatni raz przyszło jej raczyć się papierosem w taki sposób? musiałaby nad tym ciut się zastanowić, a jednak nie widziała powodu by cofać się pamięcią do minionych lat szkolnych, gdy przed sobą miała niepoprawnego artystę, który budził w niej szereg niezrozumiałych emocji. Emanował czymś co kusiło, czymś zakazanym. Budził instynkty tak ze sobą sprzeczne, tak niepasujące.
-Przez jakiś czas pewnie tak... - przyznała z zawadiackim uśmiechem, przymykając ślepia aby nie rozpraszać się niepotrzebnie światłem czy otoczeniem.
Gdy z jego ust wypadło kilka kolejnych słów spowodowanych przypadkiem czy chwilowym zapomnieniem w jej oczach rozbłysła satysfakcja. Jakoby właśnie coś zdobyła, osiągnęła jakiś cel, którego nie planowała osiągać, a który wygrał na jej duszy triumfalną melodię. Bo czy nie mieli być jedynie mętnym wspomnieniem zapominając o swoich imionach wraz z kolejnym dniem? Nie obchodziło jej czy te słowa tak mu się wyrwały, one padły, padły łaskocząc jej zachłanną duszę.
-Może i wpadnę - rzuciła z szelmowskim uśmiechem, nie zamierzając się z marszu zgadzać, ale też nie negować. Lubiła balansować na niepewności. Coś co przychodzi zbyt łatwo szybko traci swój urok. I nie martwiło jej wcale, że spędziła u niego noc, uznając fizyczność za zachętę, zmącenie czystej wody. Coś czym mogłaby kusić i denerwować. Ludzie zwykli stawiać cnotliwość jako ten zakazany owoc, nieosiągalny, ten który spędza sen z powiek, rozbudzając rządzę i niecierpliwość. Jakież było to mylne i zgubne. Ten ich zakazany owoc często w ich wyobrażeniach rozrastał się do tego stopnia, że gdy nadszedł czas aby go posmakować, cały urok znikał. Ot zderzenie oczekiwań z rzeczywistością. Posmak, że wyczekana noc wcale nie była taką jaką planowali w brudnych, oblepionych prymitywnymi rządzami snach. Sztuką nie jest opakować się szczelnie zgrywając mimozę, sztuką było zatrzymać przy sobie chociażby jedną z jego myśli, gdy przyjdzie kolejny dzień. Już poznał smak jej skóry, słyszał każde pojedyncze westchnienie, a mimo to stał blisko i niezależnie co roił sobie w głowie, czym było to motywowane- stał. Nie miało dla niej znaczenie jak nieistotni są dla swojego życia, gdy jego dotyk grał na jej duszy kompozycję tak czułą i niebezpieczną, poczucie zagrożenia od którego była uzależniona, które lubiła spijać. Miał być wspomnieniem, a Ona chciała jeszcze raz go wykorzystać, miała dziką ochotę go ugryźć, wbić w niego paznokcie, poczuć tą mrowiącą niepewność gdy zniżał głos do niepokojącego szeptu. Czy zechciałbyś być moją śliczną zabawką? - wygrywało w jej myślach ilekroć na niego patrzyła.
-Nie masz? - podjęła, notując odruchowo w pamięci kolejną informację na temat chłopaka. Jak traumatyczne musiało to być dla umysłu, pamiętając wszystko. Jak destrukcyjne dla świadomości, gdy minione lata zawsze skrupulatnie były zapisywane w głowie. Ludzie zwykli płakać, że nie pamiętają, a jednak pamięć potrafiła być zabójcza - I mimo to doszczętnie nie oszalałeś? - jej kącik ust na powrót się uniósł.
Było wcześnie? Kompletnie straciła poczucie czasu. Zerknęła w kierunku okna, nim jej ślepia powróciły do chłopaka. Może, nie miała pojęcia która była godzina i trochę jej to nie obchodziło. Natomiast w myślach zanotowała, że ten nigdzie się nie śpieszył, toteż...
-Kawa brzmi jak marzenie - stwierdziła z istnie słodkim uśmiechem.
Odruch. Pieprzony odruch. Gdy ciało zareagowało szybciej niż umysł, który nie zdążył wygasić jej natury, skorygować zachowania. Gdy w jej ślepiach pojawiła się czysta irytacja zmieszana z chęcią mordu, a ona gwałtownie pochwyciła jego nadgarstki, wbijając w nie boleśnie długie, szpicowate paznokcie, gdy chciał zabrać dłonie. Wpatrując się przez moment w niego morderczym, zakutym lodem spojrzeniem jakoby popełnił grzech niewybaczalny, za który przyjdzie mu skonać w najgorszych męczarniach. Pokłady agresji, które zbudził ten drobny, kulturalny gest jakiego chciał się podjąć ją zirytował. Nie prosiła by się odsuwał, nie chciała by się odsuwał, jak śmiał oddawać jej przestrzeń o którą nie prosiła.
Dopiero po sekundzie zrozumiała co zrobiła, pojawiło się zmieszanie własną reakcją. Grzecznie puściła jego nadgarstki, próbując udawać, że cało to zdarzenie nie miało miejsca. Udawać, że wcale nie jest niestabilnie emocjonalną wariatką ze skłonnością do agresji. Skłonnością, która lubiła psuć jej relacje. A przecież zapowiadał się taki miły poranek.
-Kot - powtórzyła za nim niby z rozbawieniem, chcąc zmyć pozostałości po swoim zachowaniu, rzucić je w zapomnienie, zmienić temat nim ten się rozpocznie, łudzić się, że nie wpłynie to niekorzystnie na przebieg poranka.
-Oh... silna bestia powiadasz... - uśmiechnęła się, mierzwiąc czarne futerko - Pchły nie żyją na ludziach, więc średnio się obawiam, że takimi się zarażę... - mruknęła z głupim uśmiechem. Pchły były obrzydliwe i równie upierdliwe, ale nie było czymś czego nie dało się pozbyć. A skoro ta tu kuleczka nie miała pchlego miasteczka na grzbiecie to nie było tematu.
-Ma jakieś imię? - zapytała, wpatrując się w czarną istotkę.
I powrócił temat jej brata. Uśmiechnęła się głupio. Dlaczego miałby tak pomyśleć? Chociaż czy powinna pytać?
-Raczej marny byłby z niego gulasz - stwierdziła rozbawiona - Charles? - pochwyciła jego spojrzenie. Jej ukochany braciszek, ciepłe wspierające ramiona na które zawsze mogła liczyć. Jej towarzysz snów, gdy bezsenność zdawała się zbyt męcząca.
-To mój starszy brat, min kaejre... Jeden z dwóch. Ale na próżno szukać w nas podobieństw... Chociaż jakieś tam pewnie są. - uniosła kocie, aby zaciągnąć się zapachem kociego łepka. Kocie łepki pachniały tak uroczo, tak niezrozumiale. Każdy koci łepek pachniał kocim łepkiem, a zapach ten był bardzo przyjemny.
-Jest mi bardzo bliski, od zawsze... A mało kto w moim życiu nosi to miano - mruknęła. Ojciec, brat, wuj Antoś. Bliskie osoby mogłaby wyliczyć na palcach jednej dłoni, a i wtedy okazałoby się, że palców jest zbyt wiele. Świętej pamięci Frida zwolniła jedno z tych miejsc. Tak już było, gdy na zaufanie Mulciber pracowało się latami, a traciło w przeciągu kilku sekund.
-Wnioskując po wczorajszym chyba nie przypadł Ci zanadto do gustu, hmm?
-Przez jakiś czas pewnie tak... - przyznała z zawadiackim uśmiechem, przymykając ślepia aby nie rozpraszać się niepotrzebnie światłem czy otoczeniem.
Gdy z jego ust wypadło kilka kolejnych słów spowodowanych przypadkiem czy chwilowym zapomnieniem w jej oczach rozbłysła satysfakcja. Jakoby właśnie coś zdobyła, osiągnęła jakiś cel, którego nie planowała osiągać, a który wygrał na jej duszy triumfalną melodię. Bo czy nie mieli być jedynie mętnym wspomnieniem zapominając o swoich imionach wraz z kolejnym dniem? Nie obchodziło jej czy te słowa tak mu się wyrwały, one padły, padły łaskocząc jej zachłanną duszę.
-Może i wpadnę - rzuciła z szelmowskim uśmiechem, nie zamierzając się z marszu zgadzać, ale też nie negować. Lubiła balansować na niepewności. Coś co przychodzi zbyt łatwo szybko traci swój urok. I nie martwiło jej wcale, że spędziła u niego noc, uznając fizyczność za zachętę, zmącenie czystej wody. Coś czym mogłaby kusić i denerwować. Ludzie zwykli stawiać cnotliwość jako ten zakazany owoc, nieosiągalny, ten który spędza sen z powiek, rozbudzając rządzę i niecierpliwość. Jakież było to mylne i zgubne. Ten ich zakazany owoc często w ich wyobrażeniach rozrastał się do tego stopnia, że gdy nadszedł czas aby go posmakować, cały urok znikał. Ot zderzenie oczekiwań z rzeczywistością. Posmak, że wyczekana noc wcale nie była taką jaką planowali w brudnych, oblepionych prymitywnymi rządzami snach. Sztuką nie jest opakować się szczelnie zgrywając mimozę, sztuką było zatrzymać przy sobie chociażby jedną z jego myśli, gdy przyjdzie kolejny dzień. Już poznał smak jej skóry, słyszał każde pojedyncze westchnienie, a mimo to stał blisko i niezależnie co roił sobie w głowie, czym było to motywowane- stał. Nie miało dla niej znaczenie jak nieistotni są dla swojego życia, gdy jego dotyk grał na jej duszy kompozycję tak czułą i niebezpieczną, poczucie zagrożenia od którego była uzależniona, które lubiła spijać. Miał być wspomnieniem, a Ona chciała jeszcze raz go wykorzystać, miała dziką ochotę go ugryźć, wbić w niego paznokcie, poczuć tą mrowiącą niepewność gdy zniżał głos do niepokojącego szeptu. Czy zechciałbyś być moją śliczną zabawką? - wygrywało w jej myślach ilekroć na niego patrzyła.
-Nie masz? - podjęła, notując odruchowo w pamięci kolejną informację na temat chłopaka. Jak traumatyczne musiało to być dla umysłu, pamiętając wszystko. Jak destrukcyjne dla świadomości, gdy minione lata zawsze skrupulatnie były zapisywane w głowie. Ludzie zwykli płakać, że nie pamiętają, a jednak pamięć potrafiła być zabójcza - I mimo to doszczętnie nie oszalałeś? - jej kącik ust na powrót się uniósł.
Było wcześnie? Kompletnie straciła poczucie czasu. Zerknęła w kierunku okna, nim jej ślepia powróciły do chłopaka. Może, nie miała pojęcia która była godzina i trochę jej to nie obchodziło. Natomiast w myślach zanotowała, że ten nigdzie się nie śpieszył, toteż...
-Kawa brzmi jak marzenie - stwierdziła z istnie słodkim uśmiechem.
Odruch. Pieprzony odruch. Gdy ciało zareagowało szybciej niż umysł, który nie zdążył wygasić jej natury, skorygować zachowania. Gdy w jej ślepiach pojawiła się czysta irytacja zmieszana z chęcią mordu, a ona gwałtownie pochwyciła jego nadgarstki, wbijając w nie boleśnie długie, szpicowate paznokcie, gdy chciał zabrać dłonie. Wpatrując się przez moment w niego morderczym, zakutym lodem spojrzeniem jakoby popełnił grzech niewybaczalny, za który przyjdzie mu skonać w najgorszych męczarniach. Pokłady agresji, które zbudził ten drobny, kulturalny gest jakiego chciał się podjąć ją zirytował. Nie prosiła by się odsuwał, nie chciała by się odsuwał, jak śmiał oddawać jej przestrzeń o którą nie prosiła.
Dopiero po sekundzie zrozumiała co zrobiła, pojawiło się zmieszanie własną reakcją. Grzecznie puściła jego nadgarstki, próbując udawać, że cało to zdarzenie nie miało miejsca. Udawać, że wcale nie jest niestabilnie emocjonalną wariatką ze skłonnością do agresji. Skłonnością, która lubiła psuć jej relacje. A przecież zapowiadał się taki miły poranek.
-Kot - powtórzyła za nim niby z rozbawieniem, chcąc zmyć pozostałości po swoim zachowaniu, rzucić je w zapomnienie, zmienić temat nim ten się rozpocznie, łudzić się, że nie wpłynie to niekorzystnie na przebieg poranka.
-Oh... silna bestia powiadasz... - uśmiechnęła się, mierzwiąc czarne futerko - Pchły nie żyją na ludziach, więc średnio się obawiam, że takimi się zarażę... - mruknęła z głupim uśmiechem. Pchły były obrzydliwe i równie upierdliwe, ale nie było czymś czego nie dało się pozbyć. A skoro ta tu kuleczka nie miała pchlego miasteczka na grzbiecie to nie było tematu.
-Ma jakieś imię? - zapytała, wpatrując się w czarną istotkę.
I powrócił temat jej brata. Uśmiechnęła się głupio. Dlaczego miałby tak pomyśleć? Chociaż czy powinna pytać?
-Raczej marny byłby z niego gulasz - stwierdziła rozbawiona - Charles? - pochwyciła jego spojrzenie. Jej ukochany braciszek, ciepłe wspierające ramiona na które zawsze mogła liczyć. Jej towarzysz snów, gdy bezsenność zdawała się zbyt męcząca.
-To mój starszy brat, min kaejre... Jeden z dwóch. Ale na próżno szukać w nas podobieństw... Chociaż jakieś tam pewnie są. - uniosła kocie, aby zaciągnąć się zapachem kociego łepka. Kocie łepki pachniały tak uroczo, tak niezrozumiale. Każdy koci łepek pachniał kocim łepkiem, a zapach ten był bardzo przyjemny.
-Jest mi bardzo bliski, od zawsze... A mało kto w moim życiu nosi to miano - mruknęła. Ojciec, brat, wuj Antoś. Bliskie osoby mogłaby wyliczyć na palcach jednej dłoni, a i wtedy okazałoby się, że palców jest zbyt wiele. Świętej pamięci Frida zwolniła jedno z tych miejsc. Tak już było, gdy na zaufanie Mulciber pracowało się latami, a traciło w przeciągu kilku sekund.
-Wnioskując po wczorajszym chyba nie przypadł Ci zanadto do gustu, hmm?