15.12.2024, 15:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2025, 23:26 przez Lorraine Malfoy.)
Twarde oparcie krzesła nie dawało wytchnienia plecom, które – bez względu na sytuację – pozostawały sztywno wyprostowane: boleśnie ściągnięte łopatki przypominały Lorraine nie tyle o konieczności zachowania właściwej postawy, co o zachowaniu opanowania. Trudno było jednak zachować opanowanie w obliczu słów, jakie padły tego dnia w zaciszu zapieczętowanego gabinetu Stanleya. Lorraine nie rozumiała targających nią, sprzecznych emocji, choć te kłębiły się tuż tuż pod jej bladą skórą, tuż pod powierzchnią spolegliwego milczenia. Nie rozumiała i nie próbowała zrozumieć. Opanowanie było sztuką, a sztuką było pozwolić sobie odczuć wszystkie te emocje, nie poddając się ich burzliwemu nurtowi – sztuką było dryfować, gdzieś pomiędzy autentyzmem a wyrachowaniem, na spokojnych wodach zadumy.
Stanley nie powiedział nic wprost. Nie musiał. Tak jak ona łaskawie pozwoliła mu zasłonić się kartami, wierząc, że przyjemna powtarzalność płynąca z przetasowywania ukoi rozedrgane nerwy i dłonie, tak on pozwolił jej krążyć wokół tematu, gdy jego stanowczy, głęboki głos próbował uspokoić jej lęki, z godną podziwu zręcznością meandrując między metaforami Lorraine.
Nie, Stanley nie powiedział nic wprost, ale jego milczenie było bardziej wymowne aniżeli jawne przyznanie się do winy.
– Nie, Stanleyu Borginie – sprzeciwiła się miękko – nie możemy o to zagrać z bardzo prostej przyczyny. – Lorraine ściągnęła delikatnie brwi, szukając odpowiednich słów. – Nie możemy o to zagrać, ponieważ zakład, który zaproponowałeś, nie jest sprawiedliwy. Po pierwsze, jak sam łaskawie zauważyłeś jestem kimś, kto sprząta po śmierci, więc, na bogów, nie chowaj przede mną rozkładających się od maja trupów. Nie wiesz, jak trudno wywabić z mieszkania odór gnijącego ciała. Wolę sprzątać cudze trupy, niż trupy moich przyjaciół, a ty, to po drugie, jesteś moim przyjacielem, więc nie sądzisz chyba, że będę biernie przyglądać się jak próbujesz przehulać swoje życie w grze w karty? – W spojrzeniu, które skupiła na Stanleyu teatralne niedowierzanie mieszało się z czymś na kształt niechętnej troski. Dobrze wiedział, że stawka była wysoka, że grał nie tylko swoje życie: był jednym brygadzistów, jednym z funkcjonariuszy Ministerstwa – częścią bezwzględnego aparatu, który potrafił prowadzić sprawy podobne do tej jego latami – sam niejednego przestępcę doprowadził przed wymiar sprawiedliwości, dobrze wiedział więc, jak działa machina śledcza. Wyłapią ich wszystkich po kolei, łącząc ze sobą poszlaki – Jesteś poszukiwany, więc prędzej czy później będziesz potrzebował pomocy, a, po trzecie, kto udzieli ci tej pomocy, jeżeli nie ja? – Jeżeli nie my, zawahała się jednak przed wypowiedzeniem tych słów na głos, sama zaskoczona tym, kiedy "ja" zmieniło się w "my", my wszyscy na Nokturnie. – Nie pozwolę ci pozbawić się możliwości poproszenia o tę pomoc, bo o Beltane opowiesz mi i tak prędzej czy później. Potrafię kłamać służbom, Stanley, ale muszę znać prawdę, żeby wiedzieć, jak kłamać. – Wysunęła apodyktycznie podbródek. – Z mojej strony, mogę zapewnić cię o pełnej dyskrecji już teraz, i to bez konieczności grania o nią w karty... Jak o miesięczny zapas smaczków dla Flądry.
Brzmi jak o wiele uczciwszy zakład, pomyślała, wzorem Stanleya wymieniając trzy kartoniki.
– Nie każ mi się zniżać do sięgnięcia po urok wili. – Czy Stanley wiedział, że była wilą, zastanawiała się, czy Atreus mu powiedział? Czy kiedykolwiek wyczuł jej migoczącą magią aurę – może wtedy, kiedy była jeszcze młoda i nie potrafiła kontrolować swoich mocy – czy kiedykolwiek poczuł wile przyciąganie, to, jak domagała się uwagi, niczym kot, który podsuwał się do głaskania? Nieważne, Stanley równie dobrze mógł myśleć, że Lorraine blefuje, mrugnęła do niego porozumiewawczo, uśmiechając się z lekka, próżno było się jednak doszukiwać w tym uśmiechu drapieżnej kokieterii wil, przed którą go przestrzegała. Uśmiech Lorraine był uśmiechem zmęczonym, ale i pełnym rozczulenia – uśmiechem, który doceniał, że Stanley próbował ją rozbawić swoimi żarcikami, bo przecież nie mówił na poważnie – Stanley nie mogł mówić na poważnie. Bardzo zabawne, Stanley, można było wyczytać z uśmiechu Lorraine, ale bądźmy chociaż przez chwilę poważni. – Oboje jesteśmy ponad to.
Rzuciła karty na stół, jasno dając do zrozumienia, że także sprawdza. Nie patrzyła jednak na kolorowe kartoniki, patrzyła prosto w ciemne oczy Borgina, a serce biło jej w piersi jak młot.
– Słucham. Masz moją pełną uwagę.
Stanley nie powiedział nic wprost. Nie musiał. Tak jak ona łaskawie pozwoliła mu zasłonić się kartami, wierząc, że przyjemna powtarzalność płynąca z przetasowywania ukoi rozedrgane nerwy i dłonie, tak on pozwolił jej krążyć wokół tematu, gdy jego stanowczy, głęboki głos próbował uspokoić jej lęki, z godną podziwu zręcznością meandrując między metaforami Lorraine.
Nie, Stanley nie powiedział nic wprost, ale jego milczenie było bardziej wymowne aniżeli jawne przyznanie się do winy.
– Nie, Stanleyu Borginie – sprzeciwiła się miękko – nie możemy o to zagrać z bardzo prostej przyczyny. – Lorraine ściągnęła delikatnie brwi, szukając odpowiednich słów. – Nie możemy o to zagrać, ponieważ zakład, który zaproponowałeś, nie jest sprawiedliwy. Po pierwsze, jak sam łaskawie zauważyłeś jestem kimś, kto sprząta po śmierci, więc, na bogów, nie chowaj przede mną rozkładających się od maja trupów. Nie wiesz, jak trudno wywabić z mieszkania odór gnijącego ciała. Wolę sprzątać cudze trupy, niż trupy moich przyjaciół, a ty, to po drugie, jesteś moim przyjacielem, więc nie sądzisz chyba, że będę biernie przyglądać się jak próbujesz przehulać swoje życie w grze w karty? – W spojrzeniu, które skupiła na Stanleyu teatralne niedowierzanie mieszało się z czymś na kształt niechętnej troski. Dobrze wiedział, że stawka była wysoka, że grał nie tylko swoje życie: był jednym brygadzistów, jednym z funkcjonariuszy Ministerstwa – częścią bezwzględnego aparatu, który potrafił prowadzić sprawy podobne do tej jego latami – sam niejednego przestępcę doprowadził przed wymiar sprawiedliwości, dobrze wiedział więc, jak działa machina śledcza. Wyłapią ich wszystkich po kolei, łącząc ze sobą poszlaki – Jesteś poszukiwany, więc prędzej czy później będziesz potrzebował pomocy, a, po trzecie, kto udzieli ci tej pomocy, jeżeli nie ja? – Jeżeli nie my, zawahała się jednak przed wypowiedzeniem tych słów na głos, sama zaskoczona tym, kiedy "ja" zmieniło się w "my", my wszyscy na Nokturnie. – Nie pozwolę ci pozbawić się możliwości poproszenia o tę pomoc, bo o Beltane opowiesz mi i tak prędzej czy później. Potrafię kłamać służbom, Stanley, ale muszę znać prawdę, żeby wiedzieć, jak kłamać. – Wysunęła apodyktycznie podbródek. – Z mojej strony, mogę zapewnić cię o pełnej dyskrecji już teraz, i to bez konieczności grania o nią w karty... Jak o miesięczny zapas smaczków dla Flądry.
Brzmi jak o wiele uczciwszy zakład, pomyślała, wzorem Stanleya wymieniając trzy kartoniki.
– Nie każ mi się zniżać do sięgnięcia po urok wili. – Czy Stanley wiedział, że była wilą, zastanawiała się, czy Atreus mu powiedział? Czy kiedykolwiek wyczuł jej migoczącą magią aurę – może wtedy, kiedy była jeszcze młoda i nie potrafiła kontrolować swoich mocy – czy kiedykolwiek poczuł wile przyciąganie, to, jak domagała się uwagi, niczym kot, który podsuwał się do głaskania? Nieważne, Stanley równie dobrze mógł myśleć, że Lorraine blefuje, mrugnęła do niego porozumiewawczo, uśmiechając się z lekka, próżno było się jednak doszukiwać w tym uśmiechu drapieżnej kokieterii wil, przed którą go przestrzegała. Uśmiech Lorraine był uśmiechem zmęczonym, ale i pełnym rozczulenia – uśmiechem, który doceniał, że Stanley próbował ją rozbawić swoimi żarcikami, bo przecież nie mówił na poważnie – Stanley nie mogł mówić na poważnie. Bardzo zabawne, Stanley, można było wyczytać z uśmiechu Lorraine, ale bądźmy chociaż przez chwilę poważni. – Oboje jesteśmy ponad to.
Rzuciła karty na stół, jasno dając do zrozumienia, że także sprawdza. Nie patrzyła jednak na kolorowe kartoniki, patrzyła prosto w ciemne oczy Borgina, a serce biło jej w piersi jak młot.
rzut na wynik kart
Rzut 1d100 - 20
– Słucham. Masz moją pełną uwagę.