To właśnie było najgorsze - rozmawianie z ludźmi, którzy znali Cię całe życie. Wiedzieli kiedy kłamiesz, wiedzieli kiedy się stresujesz. Potrafili czytać z ciebie jak z książki. Lorraine nie była wyjątkiem, wszak takich osób było kilka i ona, ku swojemu chwilowemu niezadowoleniu, właśnie to robiła.
Słuchał jednak jej słów, zupełnie jakby odczytywała mu właśnie wyrok, tym bardziej, że przeszła na nieco bardziej oficjalny ton. Stanleyu Borginie... To nie wróżyło za dobrze. To zawsze wróżyło jedno - problem.
- Cóż... Nie masz silnej karty - przyznał, spoglądając na jej karty. Tego rozdanie było dużo silniejsze, pozwalające na zwycięstwo w tej partii. To jednak nie miało żadnego większego znaczenia. Nie teraz. Nie w tej chwili - Ale widzę, że nie dajesz mi świętego spokoju, więc wyjaśnimy sobie pewne sprawy - stwierdził, melodycznie szukając palcami w blat, aby po chwili odsunąć karty gdzieś na bok - Chcesz prawdy? - zapytał retorycznie, bo znał odpowiedź. Tak. Lorraine chciała odpowiedzi. Pragnęła słów, które miały jej wyjaśnić ta wielką niewiadomą jaką była sytuacja Stanleya.
- Hmmm.... od czego by tu zacząć? - wstał od biurka, przejeżdżając po swojej twarzy. Przeklęta Lorraine Malfoy i ta jej dociekliwość Zaklinał w myślach. Nie miał niczego złego w głowie, ale musiała akurat teraz przyjść i zacząć ten temat. Po co? Dlaczego?
Borgin nie byłby sobą, gdyby nie sięgnął po papierosa. Wspaniała używka Odpalił nikotynowego przyjaciela, kładąc paczkę na blacie, pozwalając tym samym na skosztowanie swojej rozmówczyni.
- Po pierwsze to Stanleyu Andrew Borginie jeżeli chcesz mi już stawiać zarzuty czy pchać pod ścianę... w sytuację bez wyjścia - wyjaśnił, a może poprosił. Nie mniej jednak, postawił sprawę jasno, a dym powoli zaczął wypełniać pomieszczenie. Dało się dojrzeć ulgę, która zagościła na jego twarzy. Nikotyna koiła jego nerwy, zabijała zmartwienia. Oszukiwała? Zapewne tak, ale teraz się tym nie przejmował.
- Po drugie... żadnych sztuczek wił na mnie... - uniósł palec do góry - Już zostałem taką potraktowany i prawie skończyło się na aferze z kimś bardzo bliskim mego sercu. Nie chciałbym być postawiony w sytuacji, gdzie musiałbym coś Ci zrobić - strzepał do popielniczki - I o szczegóły tamtego wydarzenia nie pytaj. Ostrzegam - zmrużył lekko oczy, spoglądając na Lorraine. Nie chciał zabrzmieć jakby miał jej grozić. Chciał po prostu postawić klarowną granicę, której powinni się trzymać.
- Po trzecie to mój problem - zaciągnął się - Mój problem. Nie Twój, Lorraine. Nie Maeve. Nie Sauriela. Nie Roberta Mulcibera. Nikogo innego - przedstawiał swój punkt widzenia - Prędzej zdechnę w jakiejś ciemniej uliczce, niż pozwolę, aby Was skrzywdzili moim kosztem... - przejechał językiem po spierzchniętych ustach - Dlatego proszę Cię o jedno. Nie wychodź przed szereg. Nie węsz. Nie szukaj. Nie pomagaj nie proszona - wystawił dwie szklanki. Im bliżej było kulminacji, tym więcej bodźców potrzebował Stanley. Uspokojenia. Odzyskania władzy nad samym sobą. Po prostu... zagłuszenia myśli, które mówiło mu jedno... przestań. Nie musisz jej nic mówić. Kim ona jest, abyś musiał się jej tłumaczyć? Niczym takie dwa diabełki, które próbowały nim rządzić. Rozkazywać jak jakiejś marionetce, a na to nie chciał przecież pozwolić.
- Beltane nie ma nic wspólnego z moimi poszukiwaniami - zaczął, rozlewając odrobinę owocowej nalewki na dno szklanek - Dobra. Słodka. Produkcji jeszcze mojej świętej pamięci matki - dodał, przesuwając jeden napitek w kierunku blondynki - Z tym nie mieli jak mnie połączyć, bo nie było dowodów, a ja zdążyłem się za w czasu ewakuować - zakręcił szklanką, wprawiając w ruch jej zawartość. Ciemnoczerwony kolor rozlał się leniwie po ściankach, wracając do poprzedniej pozycji po kilku sekundach - Prezent o którym wspomniałem to głowa jakiegoś tam Greybacka. Nie pamiętam imienia... Ale był to ktoś tam ważny dla Harper, stąd pewnie to całe wkurwienie - upił łyka, krzywiąc się odrobinę. Perfidnie słodkie i mało chamskie Komentował trunek - Korzystając z moich możliwości wejścia do Ministerstwa, zostałem oddelegowany, aby dostarczył tam paczkę. Prezent został przemieniony w paczkę, a ja zebrałem kilka listów od innych i jak gdyby nigdy nic odniosłem je do biura Moody. Byłem świecie przekonany, że jestem bezpieczny i nikt mnie nie widział. Cóż... prawda wyszła po kilku dobrych tygodniach... - westchnął. Co innego miał zrobić?
Stanley dopił nalewkę ze swojej szklanki, oddalając przy okazji kolejnego papierosa. Na krótką chwilę przyłożył też palce w okolice gałek ocznych, zupełnie jakby próbował zniwelować atak migreny, którego zresztą nie miał. Ot, kolejny stymulant.
- To wszystko było przed Beltane. Prezent miał czekać na nią po Beltane. A co się działo na samym Beltane? Bardzo dobrze już wiesz. Ja dodam tyle, że też tam byłem i walczyłem z Harper. Wykonywałem swoją część... - wypuścił większy obłok dymu, który rozmył się po chwili - Kiedy nadszedł czas zwinąłem się... a w zasadzie to zwinął mnie mój Anioł Stróż, bo niektórzy zostawili mnie na pastwę losu... Ratując własną skórę... - zmrużył oko - Czy teraz jesteś zadowolona?
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972