25.01.2023, 03:26 ✶
Powiedzieć, że ofiara zaczęła uciekać to nic nie powiedzieć. Na dźwięk swojego imienia, Edgar najpierw drgnął, potem zgarbił się, wreszcie wyrwał do przodu. Biegł jak szalony, jak opętaniec uciekający przed świtem, jak uczeń przed woźnym i jak dziecko przed chcącym ukarać go rodzicem.
Mimo swojego niskiego wzrostu i dość krępej postury, biegaczem okazał się znakomitym, jakby naruszającym wszelkie zasady, które istniały na tym świecie, a które zgodnie stwierdzały, że grube dzieci nie uprawiały sportów. Ten dzieciak z pewnością uprawiał sprint i to połączony z intensywnym trenowaniem do maratonu.
Jedyny problem polegał na tym, że robił przy tym nieznośnie dużo hałasu. Nie tylko tupał ciężko, jakby każdy krok kosztował go ciśnięcie workiem pełnym kamieni o posadzkę, ale też dyszał, machał rękami (jak wiosłami lub skrzydłami), co może pomagało mu w nabieraniu prędkości, ale jednocześnie budziło drzemiące na obrazach postacie.
Wiekowi czarodzieje i czarodziejki chrząkały znacząco, pokazywały sobie palcami biegnącego Edgara i goniącą go Eunice.
- A co to za nieposłuszni uczniowie?! – zagdakała jakaś mocno posiwiała czarownica trzymająca w rękach wagę. – Czy to już nie najwyższa pora, żebyście się znajdowali w swoich łóżkach?!
- I to z domu samego Salazara Slytherina! – odpowiedział buńczucznie jakiś śmieszny karzełek z innego obrazu. Ten miał w sobie tyle bezczelności, by przeskakiwać z obrazu na obraz, dzięki czemu mógł towarzyszyć Eunice w pogoni. – Niech no was tylko złapie profesor McGonagall! Pewny jestem, że stracicie przynajmniej trzydzieści punktów i zarobicie po szlabanie! I to jeszcze prefetka! – ostatnie zdanie wykrzyczał z niemałym oburzeniem.
Edgar w tym czasie dotarł do schodów. Pokonywał je po dwa stopnie na raz, aż znalazł się w połowie i odwrócił za siebie. Twarz miał zaczerwienioną z wysiłku i czegoś jeszcze, czego z daleka Eunice nie mogła zobaczyć. Nosił grube okulary w przezroczystych oprawkach. A wadę wzroku musiał mieć na tyle dużą, że mimo znajdującej się między nim a starszą uczennicą odległości, jego oczy wciąż wydawały się zbyt duże, jakby aż za duże do pucołowatej, okrągłej twarzy.
- Zostaw mnie w spokoju – rzucił ostrzegawczo, a potem zrobił coś skrajnie nieodpowiedzialnego, bardzo głupiego i mogącego kosztować Eunice trochę więcej niż tylko szlaban i utratę paru punktów.
Edgar wyciągnął różdżkę i machnął nią w stronę stojącej u stóp schodów zbroi. Być może chciał by ta ożyła i zabroniła wejścia na schody młodej czarownicy, ale coś poszło nie po jego myśli, bo ta rozpadła się z głośnym łoskotem. Jeśli do tej pory nie przykuli uwagi całego otoczenia, to teraz musieli obudzić nie tylko śpiące najgłębszym snem postacie na obrazach, ale również przykuć uwagę pełniących nocne dyżury nauczycieli.
Tylko, że to nie był koniec kłopotów Eunice. Ledwie udało jej się wejść na schody, te poruszyły się, niosąc ich do góry.
Mimo swojego niskiego wzrostu i dość krępej postury, biegaczem okazał się znakomitym, jakby naruszającym wszelkie zasady, które istniały na tym świecie, a które zgodnie stwierdzały, że grube dzieci nie uprawiały sportów. Ten dzieciak z pewnością uprawiał sprint i to połączony z intensywnym trenowaniem do maratonu.
Jedyny problem polegał na tym, że robił przy tym nieznośnie dużo hałasu. Nie tylko tupał ciężko, jakby każdy krok kosztował go ciśnięcie workiem pełnym kamieni o posadzkę, ale też dyszał, machał rękami (jak wiosłami lub skrzydłami), co może pomagało mu w nabieraniu prędkości, ale jednocześnie budziło drzemiące na obrazach postacie.
Wiekowi czarodzieje i czarodziejki chrząkały znacząco, pokazywały sobie palcami biegnącego Edgara i goniącą go Eunice.
- A co to za nieposłuszni uczniowie?! – zagdakała jakaś mocno posiwiała czarownica trzymająca w rękach wagę. – Czy to już nie najwyższa pora, żebyście się znajdowali w swoich łóżkach?!
- I to z domu samego Salazara Slytherina! – odpowiedział buńczucznie jakiś śmieszny karzełek z innego obrazu. Ten miał w sobie tyle bezczelności, by przeskakiwać z obrazu na obraz, dzięki czemu mógł towarzyszyć Eunice w pogoni. – Niech no was tylko złapie profesor McGonagall! Pewny jestem, że stracicie przynajmniej trzydzieści punktów i zarobicie po szlabanie! I to jeszcze prefetka! – ostatnie zdanie wykrzyczał z niemałym oburzeniem.
Edgar w tym czasie dotarł do schodów. Pokonywał je po dwa stopnie na raz, aż znalazł się w połowie i odwrócił za siebie. Twarz miał zaczerwienioną z wysiłku i czegoś jeszcze, czego z daleka Eunice nie mogła zobaczyć. Nosił grube okulary w przezroczystych oprawkach. A wadę wzroku musiał mieć na tyle dużą, że mimo znajdującej się między nim a starszą uczennicą odległości, jego oczy wciąż wydawały się zbyt duże, jakby aż za duże do pucołowatej, okrągłej twarzy.
- Zostaw mnie w spokoju – rzucił ostrzegawczo, a potem zrobił coś skrajnie nieodpowiedzialnego, bardzo głupiego i mogącego kosztować Eunice trochę więcej niż tylko szlaban i utratę paru punktów.
Edgar wyciągnął różdżkę i machnął nią w stronę stojącej u stóp schodów zbroi. Być może chciał by ta ożyła i zabroniła wejścia na schody młodej czarownicy, ale coś poszło nie po jego myśli, bo ta rozpadła się z głośnym łoskotem. Jeśli do tej pory nie przykuli uwagi całego otoczenia, to teraz musieli obudzić nie tylko śpiące najgłębszym snem postacie na obrazach, ale również przykuć uwagę pełniących nocne dyżury nauczycieli.
Tylko, że to nie był koniec kłopotów Eunice. Ledwie udało jej się wejść na schody, te poruszyły się, niosąc ich do góry.