16.12.2024, 10:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2025, 13:32 przez Olivia Quirke.)
- No, właśnie widzę - sarknęła z rozbawieniem, obserwując chwiejącą się stertę pakunków. Prawo, lewo, prawo, lewo... Kiwała się na boki jak glony w wodzie, kołysaniem zwiastując nadchodzącą klęskę. Normalnie nie nalegałaby na taką pomoc na siłę, bo jeżeli czegokolwiek nauczyło ją lato, to tego, żeby nie wychodzić przed szereg jeżeli chodzi o pomaganie, lecz... Jak już było wspomniane: była romantyczką. I nie była ślepa - widziała, że to czyjś ślub. A przecież ślub był najważniejszym dniem nie tylko w życiu panny młodej, ale również pana młodego. Oboje na pewno nie chcieliby otworzyć prezentów tylko po to, by dostrzec potłuczone szkło, dzbanki, szklanki czy co tam znajdowało się w pakunkach. - Ciekawa definicja kontroli.
Dorzuciła jeszcze, przejmując część paczek jedna po drugiej. Nie wzięła aż polowy, bo przecież nie po to chciała pomóc nieznajomemu, żeby teraz samej wziąć na swoje barki ślepotę spowodowaną wieżyczką z prezentów. Wzięła tyle, by sięgały jej do podbródka: tyle wystarczyło.
- Od żadnego, po prostu przechodziłam - odpowiedziała z lekkim wzruszeniem ramion, ostrożnie ruszając w kierunku stołu. - Dziwne, że nie użyli różdżek, co?
Zagaiła, stawiając ostrożnie krok za krokiem. Najpierw jeden, potem drugi, a potem kolejne tylko po to, by dotrzeć do stołu i móc z należytą ostrożnością odłożyć pakunki na miejsce.
- Nie musisz się obawiać, nie zamierzam się wkręcać na krzywy ryj i jeść za darmo na czyjś koszt, wiem ile takie wesela kosztują - dodała uspokajającym tonem, otrzepując ręce. Dopiero teraz mogła odwrócić się w kierunku mężczyzny i przyjrzeć mu się uważniej. Nie kojarzyła go, ale to nie było nic dziwnego. Dopiero niedawno zaczęła opuszczać swoją jaskinię żalu i samotności, którą była pracownia Pękatej Fiolki. Nie brylowała jakoś szczególnie w towarzystwie, a jedyni znajomi których kojarzyła, to ci z Hogwartu, na których wpadła gdy uporała się z demonami przeszłości. No, prawie uporała, ale mniejsza o to. Odruchowo przeczesała burzę rudych, prostych włosów, lekko zakręconych na końcach, i posłała w kierunku Greengrassa uśmiech. Miała urocze piegi na nosie i pod oczami, których nawet nie starała się ukrywać. Makijażu miała dość niewiele, na tyle by podkreślić rzęsy i niebieskie oczy. Ubrana również była dość skromnie, bardziej po mugolsku niźli w duchu czarodziejskiego krzyku mody. Jasne dżinsy, grube botki na niewielkim obcasie, ciepła kurtka i szalik w czarno-czerwoną kratkę. Nie były to ubrania najwyższej jakości prosto od Rosiera, ale przynajmniej były czyste i zadbane, niecerowane. Ot, przeciętna czarownica, z twarzy podobna do nikogo. - Nie musisz mnie więc gonić z widłami.
Uniosła dłonie w uspokajającym, nieco żartobliwym geście. Najwyraźniej uznała, że Ambroise był jednym z gości, a kto wie: może nawet kimś z rodziny? Chociaż jedno zerknięcie na jego odzienie dało jej do myślenia, bo kto tak się ubiera na wesele? Chociaż nie takie rzeczy już widziała, szczerze mówiąc. Ot, na przykład teściowe odziane w biel tylko po to, by pokazać młodej kto tu rządzi.
- W zasadzie, to w ogóle nie musisz mnie gonić, spieszę się - uśmiechnęła się szeroko, a potem ruszyła w stronę kowala, u którego pracował Tristan. Planowała mu dzisiaj zrobić niespodziankę i nie chciała się spóźnić.
Dorzuciła jeszcze, przejmując część paczek jedna po drugiej. Nie wzięła aż polowy, bo przecież nie po to chciała pomóc nieznajomemu, żeby teraz samej wziąć na swoje barki ślepotę spowodowaną wieżyczką z prezentów. Wzięła tyle, by sięgały jej do podbródka: tyle wystarczyło.
- Od żadnego, po prostu przechodziłam - odpowiedziała z lekkim wzruszeniem ramion, ostrożnie ruszając w kierunku stołu. - Dziwne, że nie użyli różdżek, co?
Zagaiła, stawiając ostrożnie krok za krokiem. Najpierw jeden, potem drugi, a potem kolejne tylko po to, by dotrzeć do stołu i móc z należytą ostrożnością odłożyć pakunki na miejsce.
- Nie musisz się obawiać, nie zamierzam się wkręcać na krzywy ryj i jeść za darmo na czyjś koszt, wiem ile takie wesela kosztują - dodała uspokajającym tonem, otrzepując ręce. Dopiero teraz mogła odwrócić się w kierunku mężczyzny i przyjrzeć mu się uważniej. Nie kojarzyła go, ale to nie było nic dziwnego. Dopiero niedawno zaczęła opuszczać swoją jaskinię żalu i samotności, którą była pracownia Pękatej Fiolki. Nie brylowała jakoś szczególnie w towarzystwie, a jedyni znajomi których kojarzyła, to ci z Hogwartu, na których wpadła gdy uporała się z demonami przeszłości. No, prawie uporała, ale mniejsza o to. Odruchowo przeczesała burzę rudych, prostych włosów, lekko zakręconych na końcach, i posłała w kierunku Greengrassa uśmiech. Miała urocze piegi na nosie i pod oczami, których nawet nie starała się ukrywać. Makijażu miała dość niewiele, na tyle by podkreślić rzęsy i niebieskie oczy. Ubrana również była dość skromnie, bardziej po mugolsku niźli w duchu czarodziejskiego krzyku mody. Jasne dżinsy, grube botki na niewielkim obcasie, ciepła kurtka i szalik w czarno-czerwoną kratkę. Nie były to ubrania najwyższej jakości prosto od Rosiera, ale przynajmniej były czyste i zadbane, niecerowane. Ot, przeciętna czarownica, z twarzy podobna do nikogo. - Nie musisz mnie więc gonić z widłami.
Uniosła dłonie w uspokajającym, nieco żartobliwym geście. Najwyraźniej uznała, że Ambroise był jednym z gości, a kto wie: może nawet kimś z rodziny? Chociaż jedno zerknięcie na jego odzienie dało jej do myślenia, bo kto tak się ubiera na wesele? Chociaż nie takie rzeczy już widziała, szczerze mówiąc. Ot, na przykład teściowe odziane w biel tylko po to, by pokazać młodej kto tu rządzi.
- W zasadzie, to w ogóle nie musisz mnie gonić, spieszę się - uśmiechnęła się szeroko, a potem ruszyła w stronę kowala, u którego pracował Tristan. Planowała mu dzisiaj zrobić niespodziankę i nie chciała się spóźnić.
Postać opuszcza sesję