16.12.2024, 10:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2024, 10:17 przez Hestia Bletchley.)
Hestia nie spała już od jakiegoś czasu, siedząc przy biurku w swoim pokoju, ołówkiem próbując nabazgrać jakiś szkic. Zaliczała się raczej do rannych ptaszków, ale dzisiaj i tak wstała wyjątkowo wcześnie, jak na samą siebie. Miała wrażenie, że była to jakaś pozostałość jeszcze z czasów Hogwartu, kiedy to pierwszego września budziła się zawsze przed wszystkimi i, już ubrana i gotowa do wyjścia, witała pozostałych, zaspanych członków rodziny w salonie z pełnym ekscytacji, jak i nerwów pytaniem, za ile muszą być na stacji.
Ciekawe, czy rodzice cieszyli się, że ich córki są już dorosłe, a oni nie muszą odprowadzać ich na dworzec, czy jednak woleliby dalej pozbywać ich się z domu na te wszystkie miesiące, kosztem tego jednego dnia pełnego zamieszania i wysyłania im kieszonkowego na piwo kremowe.
Może się myliła, ale zakładała, że mogło to być coś pomiędzy.
Próbowała teraz zabić jakoś czas, za chwilę planowała szybko się przebrać z piżamy i zejść na dół, aby zacząć przygotowynie śniadania, tak by wyręczyć chociaż trochę mamę, rysując scenkę, jaką zawsze kojarzyła jej się z tym dniem – dworzec King's Cross, peron po którym zawsze biegali młodzi czarodzieje jak i ich młodsze rodzeństwo (któreś z nich zawsze musiał wylądować na ziemi), a w tle Hogwart Express i..
I dopiero, gdy ktoś w kuchni głośniej ruszył jakąś patelnią dotarło do niej, że chyba nieco za bardzo wkęciła się w rysowanie i I nic nie wyszło z jej planu.
Oj...
Szybko wstała z krzesła i wciąż pozostając w piżamie zbiegła na dół w akompaniamencie głośnego schodzenia, niemal wręcz skakania ze schodów.
– Hej! – przywitała się z rodzicami, wpadajac tak, że nie usłyszała ostatniego pytania ojca. – Tak tato, wiem jaki jest dzień, kocham cię, ale nie musisz żartować, czy jestem spakowana. Mamo, w czym ci pomóc? – spytała i z tymi słowami, zaczęła energicznie wyciągać z szafki pasujące do obrusu talerze, tak by jakkolwiek wyręczyć starszą Bletchley.
Ciekawe, czy rodzice cieszyli się, że ich córki są już dorosłe, a oni nie muszą odprowadzać ich na dworzec, czy jednak woleliby dalej pozbywać ich się z domu na te wszystkie miesiące, kosztem tego jednego dnia pełnego zamieszania i wysyłania im kieszonkowego na piwo kremowe.
Może się myliła, ale zakładała, że mogło to być coś pomiędzy.
Próbowała teraz zabić jakoś czas, za chwilę planowała szybko się przebrać z piżamy i zejść na dół, aby zacząć przygotowynie śniadania, tak by wyręczyć chociaż trochę mamę, rysując scenkę, jaką zawsze kojarzyła jej się z tym dniem – dworzec King's Cross, peron po którym zawsze biegali młodzi czarodzieje jak i ich młodsze rodzeństwo (któreś z nich zawsze musiał wylądować na ziemi), a w tle Hogwart Express i..
I dopiero, gdy ktoś w kuchni głośniej ruszył jakąś patelnią dotarło do niej, że chyba nieco za bardzo wkęciła się w rysowanie i I nic nie wyszło z jej planu.
Oj...
Szybko wstała z krzesła i wciąż pozostając w piżamie zbiegła na dół w akompaniamencie głośnego schodzenia, niemal wręcz skakania ze schodów.
– Hej! – przywitała się z rodzicami, wpadajac tak, że nie usłyszała ostatniego pytania ojca. – Tak tato, wiem jaki jest dzień, kocham cię, ale nie musisz żartować, czy jestem spakowana. Mamo, w czym ci pomóc? – spytała i z tymi słowami, zaczęła energicznie wyciągać z szafki pasujące do obrusu talerze, tak by jakkolwiek wyręczyć starszą Bletchley.