16.12.2024, 10:38 ✶
- Wiem - posłała bratu nieco zmęczony uśmiech. Nie był to jeden z tych uśmiechów, które można było zaliczyć do pełnych niepokoju, lecz z pewnością nie był to uśmiech radosny, który sięgał oczu. To, co stało się wtedy w Kniei, odcisnęło na niej ogromne piętno, którego nie była w stanie zmazać. W zasadzie to nawet nie próbowała: takiej tragedii nie wymaże ani czas, ani alkohol, ani narkotyki. Tragedii, która była ich małą tajemnicą. Tajemnicą, którą dzielili nie we dwoje, a we troje. Trzy osoby to był już tłum, nie zamierzała dopuścić do tego, by ktokolwiek więcej się dowiedział o tym, co widzieli. Być może kiedyś będą musieli przyznać się do złamania zakazu, lecz na pewno nie teraz. - Na pohybel.
Odmruknęła konspiracyjnym szeptem, a na moment w jej niebieskich oczach zagrały złośliwe chochliki. Nie: to, że jakaś część jej duszy umarła tamtego dnia w Kniei wcale nie znaczyło, że zatraciła siebie w całości. Wciąż była Roselyn Greengrass, kobietą o dwóch twarzach, z których jedną właśnie prezentowała bratu, zanim założy maskę słodkiej, przykładnej następczyni Thomasa.
Dla pewności wygładziła materiał bluzki i spódnicy, poprawiła włosy w chodzie i gdy Ambroise otworzył drzwi, powitała Morpheusa szerokim, przyjaznym uśmiechem. Być może powinni byli wysłać skrzata, lecz czy nie zostałoby to wtedy uznane za potwarz? Nie był to byle gość, to był Morpheus Longbottom. Mężczyzna o konkretnej reputacji, znany nie tylko w Dolinie Godryka, ale i w Londynie. Osoba, która przyszła tu - jak się chyba okazuje - z ramienia Ministerstwa Magii. Omiotła skrzyneczkę spojrzeniem, lecz trwało to zaledwie kilka sekund. Było jednak to na tyle zauważalne, że Morpheus nie mógł mieć wątpliwości, że została zauważona. Roselyn dygnęła lekko, unosząc nieznacznie spódnicę i pochylając głowę. Gdzie z wyciąganiem rąk, nie godziło się, chociaż zdecydowanie męskie powitania były bardziej w jej guście.
- To dla nas zaszczyt, że postanowił pan nas odwiedzić - odezwała się miękkim głosem, cofając się nieznacznie, by zrobić mężczyźnie przejście i zaprosić go do środka. - Flora, weź od pana płaszcz.
Mimo iż ton głosu kobiety był miękki i przyjazny, pobrzmiewały w nim nuty nieznoszącego sprzeciwu rozkazu. Niemalże natychmiast obok Longbottoma pojawiła się skrzatka, zgięta w pół i niepatrząca na gościa jakby w obawie, że zostanie ukarana. Oczywistym było, że nie dotknie jego płaszcza przy pomocy skrzacich rąk, a przy pomocy magii, tak samo jak przy pomocy magii płaszcz zostałby osuszony w kilka chwil.
- Proszę przyjąć nasze najszczersze przeprosiny, lecz rodzice nie mogli uczestniczyć w tym spotkaniu - dodała, prowadząc Morpheusa w głąb domu. Dla niego zarezerwowany był najlepszy, najwygodniejszy fotel, znajdujący się naprzeciwko ciemnozielonej kanapy. Pomiędzy nimi umieszczono niewielki stolik kawowy w ciepłych odcieniach ciemnego drewna, nakryty śnieżnobiałym obrusem i ciemnozielonym bieżnikiem, który aż uginał się od poczęstunku.
- Życzy pan sobie kawy, herbaty? - zapytała uprzejmie, pozwalając mężczyźnie usiąść jako pierwszemu. Pstryknęła palcami, przywołując tym samym Florę, ich skrzatkę. Ambroise już rozpoczął rozmowę, a na wieść o niezależnych konsultantach Roselyn nieco przekrzywiła głowę, jakby nie do końca rozumiała, o co mu chodzi. Nie dopytywała jednak: wiedziała, że ten konkretny Departament rządził się innymi zasadami niż pozostałe. Cud, że w ogóle mogli rozmawiać, przemknęło jej złośliwie przez myśl.
Odmruknęła konspiracyjnym szeptem, a na moment w jej niebieskich oczach zagrały złośliwe chochliki. Nie: to, że jakaś część jej duszy umarła tamtego dnia w Kniei wcale nie znaczyło, że zatraciła siebie w całości. Wciąż była Roselyn Greengrass, kobietą o dwóch twarzach, z których jedną właśnie prezentowała bratu, zanim założy maskę słodkiej, przykładnej następczyni Thomasa.
Dla pewności wygładziła materiał bluzki i spódnicy, poprawiła włosy w chodzie i gdy Ambroise otworzył drzwi, powitała Morpheusa szerokim, przyjaznym uśmiechem. Być może powinni byli wysłać skrzata, lecz czy nie zostałoby to wtedy uznane za potwarz? Nie był to byle gość, to był Morpheus Longbottom. Mężczyzna o konkretnej reputacji, znany nie tylko w Dolinie Godryka, ale i w Londynie. Osoba, która przyszła tu - jak się chyba okazuje - z ramienia Ministerstwa Magii. Omiotła skrzyneczkę spojrzeniem, lecz trwało to zaledwie kilka sekund. Było jednak to na tyle zauważalne, że Morpheus nie mógł mieć wątpliwości, że została zauważona. Roselyn dygnęła lekko, unosząc nieznacznie spódnicę i pochylając głowę. Gdzie z wyciąganiem rąk, nie godziło się, chociaż zdecydowanie męskie powitania były bardziej w jej guście.
- To dla nas zaszczyt, że postanowił pan nas odwiedzić - odezwała się miękkim głosem, cofając się nieznacznie, by zrobić mężczyźnie przejście i zaprosić go do środka. - Flora, weź od pana płaszcz.
Mimo iż ton głosu kobiety był miękki i przyjazny, pobrzmiewały w nim nuty nieznoszącego sprzeciwu rozkazu. Niemalże natychmiast obok Longbottoma pojawiła się skrzatka, zgięta w pół i niepatrząca na gościa jakby w obawie, że zostanie ukarana. Oczywistym było, że nie dotknie jego płaszcza przy pomocy skrzacich rąk, a przy pomocy magii, tak samo jak przy pomocy magii płaszcz zostałby osuszony w kilka chwil.
- Proszę przyjąć nasze najszczersze przeprosiny, lecz rodzice nie mogli uczestniczyć w tym spotkaniu - dodała, prowadząc Morpheusa w głąb domu. Dla niego zarezerwowany był najlepszy, najwygodniejszy fotel, znajdujący się naprzeciwko ciemnozielonej kanapy. Pomiędzy nimi umieszczono niewielki stolik kawowy w ciepłych odcieniach ciemnego drewna, nakryty śnieżnobiałym obrusem i ciemnozielonym bieżnikiem, który aż uginał się od poczęstunku.
- Życzy pan sobie kawy, herbaty? - zapytała uprzejmie, pozwalając mężczyźnie usiąść jako pierwszemu. Pstryknęła palcami, przywołując tym samym Florę, ich skrzatkę. Ambroise już rozpoczął rozmowę, a na wieść o niezależnych konsultantach Roselyn nieco przekrzywiła głowę, jakby nie do końca rozumiała, o co mu chodzi. Nie dopytywała jednak: wiedziała, że ten konkretny Departament rządził się innymi zasadami niż pozostałe. Cud, że w ogóle mogli rozmawiać, przemknęło jej złośliwie przez myśl.