Yaxleyówna raczej nigdy nie zakładała, że dożyje starości, ostatnio w sumie była tego coraz bardziej pewna. Wydawało jej się, że umrze podczas walki, tak chyba byłoby najlepiej. Nie musiałaby patrzeć na to, jak się zmienia, jak staje się nieudolna. W jej przypadku sprawność fizyczna warunkowała dobre samopoczucie, bo dzięki temu mogła robić to, co kochała i nie potrafiła sobie siebie wyobrazić siedzącą na fotelu z dala od lasów. Zawsze bała się tego, że nie potrafiłaby się odnaleźć w tym wszystkim, że czegoś by jej brakowało. Miała taki moment w życiu, że trochę zmieniła się jej ta wizja, że czuła, że być może jednak byłoby to możliwe, ale to już minęło. Wróciła do starych nawyków. Zresztą zaczęła znowu trochę bardziej ryzykować, przestała się przejmować czymkolwiek, bo nie musiała tego robić. Co mogło jej się stać, najwyżej jakaś bestia ją zeżre, umrze z sztyletem w dłoni, to byłaby dobra śmierć. Taka na którą zasługiwała.
W przypadku osób jak ona rozmyślenia o śmierci nie były niczym nadzwyczajnym, właściwie pogodziła się z tym, że odejdzie z tego świata szybciej niż później, bo wybrała taki sposób na życie, a nie inny. Niebezpieczeństwo było dla niej codziennością, oczywiście to nie tak, że była jakimś samobójcą, ale zdawała sobie sprawę, że zupełnie przypadkiem może się jej to przytrafić. Nie musiała daleko szukać, jej brat był przykładem tego, jak można było skończyć, gdy chociaż raz powinęłaby się jej noga. Zresztą już kilka razy sama też znajdowała się na granicy życia i śmierci, udało jej się jakoś jej nie przekroczyć, ale nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość.
Starość raczej nie była jej pisana, zdawała sobie z tego sprawę, na pewno nie spokojna i statyczna.
- Być może tak właśnie będzie. - Brnęła w tę narrację, chociaż wiedziała, że ona nie ma szansy się spełnić. Jakoś łatwiej jednak było teraz ignorować tę myśl. Spokój był im potrzebny, był jej potrzebny, takie gadanie powodowało, że chociaż przez moment czuła, jakby mieli jakąkolwiek przyszłość.
- Jakby nie patrzeć, to on pozornie też pochodzi z dobrego domu, nie wiem, czyj to by pomysł, co wymyślili, ale dobrze by szybko do nich dotarło, że to nie ma sensu, bo jak patrzy się na to z boku, to nie ma. Nie wiem, co im odjebało. Najwyżej skończą na ślubnym kobiercu i później będą się martwić resztą, a może im się spodoba? - Nie miała pojęcia, czym się kierowali, co ich prowadziło. Życie jednak bywało przewrotne, czasem takie spontaniczne decyzje mogły okazać się słuszne. Zresztą sama bardzo długo nie chciała nawet myśleć o tym, że mogłaby stać się czyjąś żoną, później się to zmieniło, a teraz wróciła do punktu wyjścia. No, tutaj nie było żadnej płynności, nie dało się przewidzieć, co i jak się zmieni.
Mrugnęła kilka razy, kiedy usłyszała kolejną rewelację z ust Ambroisa. Nie do końca wiedziała, co powinna z tym zrobić. Jego siostra była dziewicą, powiedziała mu o tym, nie miała pojęcia po co. To nie tak, że jej własny brat nie komentował tego, jak się prowadza (właściwie to mu się nie dziwiła, bo trochę zaczęła przesadzać), ale sama nigdy nie rozpoczęłaby takiego tematu z rodzeństwem. - Pogratulowałeś jej tego osiągnięcia? - Starała się potraktować to poważnie, ale niestety nie było to wcale takie proste. Cóż, pewnie chciała po prostu oświadczyć mu, że nie spodziewa się małego Borgina, czy coś.
- W sumie my chyba nie skończyliśmy, aż tak źle. - Zważając na to, że mogli się porównywać do martwego rodzeństwa, czy ocipiałego, to nie było z nimi tak najgorzej. Jasne, rozjebali wszystko, co mieli wokół siebie, ale przynajmniej żyli i nie zamienili się z kutasami na głowy. To był chyba jakiś pozytyw?
- Tego bym chyba nie przeżyła. - Jeszcze tego brakowało w jej życiu, żeby jej brat zainteresował się siostrą Roisa, na całe szczęście aktualnie nie musieli się tym już wcale przejmować, bo cóż Astaroth był pierdolonym wampirem i raczej nigdy już nie zamoczy, czy coś... Zdecydowanie wolała o tym nie myśleć, to było dla niej naprawdę zbyt wiele.
- Potrzeba tworzy okazję, czy coś? I tak nie byłoby tej pamiątki rodzinnej komu przekazać... - Była to może gorzka prawda, ale przecież tak było. Nie zapowiadało się na to, aby coś się miało pod tym względem zmienić. Cóż, dotarło do niej teraz, że właściwie to najprawdopodobniej jej rodzina zakończy swój żywot na ich pokoleniu. Astaroth nie miał możliwości przedłużyć rodu, James... chuj wie, gdzie znowu się podział i czy w ogóle wróci, a ona, to była ona. Cóż, rodzice na pewno byli dumni z tego, że dorobili się takiego wspaniałego potomostwa.
- Może kiedyś, nie dzisiaj, dzisiaj nie chce. - Za dużo złego się wydarzyło, żeby jeszcze wracała myślami, do tych wizji, które ją nawiedzały. Odtwarzała niemalże co noc ten widok, rozdartej szyi, krwi, która znajdowała się wszędzie wokół i martwych oczu jej własnego brata. To nie było coś, o czym chciała teraz mówić. Nie była na to gotowa, zresztą pewnie nigdy nie będzie.
- Być może, najwyraźniej nie wszystkim można pomóc. - Szkoda, że chodziło o kogoś na kim najbardziej jej zależało, ale nie miała zamiaru znowu poruszać tego tematu, od tego przecież zaczęło się ich wylewanie gorzkich żali, zdecydowanie lepiej, aby nie wracali do tego, bo nie przyniesie im to niczego dobrego. Wiedziała już jak wygląda sytuacja i miała świadomość, że najwyraźniej nie mogła nic tutaj zdziałać. Szkoda, nie znosiła się poddawać, ale przecież nie mogła na siłę pakować się w jego życie, kiedy tego nie chciał. Zrozumiała aluzję, którą miał jej do przekazania.
- Mam nadzieję, że faktycznie tak będzie, nie zamierzam się poddawać, jakoś się ogarnie, musi, bo nie dam mu spokoju. - Cóż, potrafiła być prawdziwym wrzodem na tyłku, z czego Roise przecież zdawał sobie sprawę. Łatwo nie odpuści zwłaszcza, że Astaroth był jej bratem, nie było szansy, aby przed nią uciekł. Trochę mogło mu to utrudniać jego egzystencję, ale nie miał innego wyjścia, jak się z tym pogodzić.
Nie skomentowała jego słów na temat własnej nieomylności, nikt nie był nieomylny, mogłaby to kwestionować, ale nie chciała tego robić w tej chwili. To było zbędne, niepotrzebne i nie miała siły dalej się kłócić, nie chciała prowokować kolejnych nieprzyjemnie wymienionych zdań. Nie dzisiaj, nie jutro, może kiedyś, chociaż kiedyś też miało się nie pojawić.
Westchnęła ciężko, faktycznie trochę mieszała, ale powinien jej to wybaczyć, bo nie była w najlepszej formie. Starała się skupić na tym, aby jak najdokładniej przekazać mu infromacje, które uzyskała.
- Krąg ich nie przyciągał, ja, to znaczy my je przyciągnęłyśmy, wyczuły naszą obecność w lesie i chciały nas wpierdolić. - Była tego pewna, widma zamierzały sobie zrobić z nich kolację, tyle, że krąg je przed tym powstrzymał. Nie miała pojęcia jakim cudem znalazł się w tym lesie i jak właściwie udało jej się do niego dotrzeć, ale była pewna, że tylko dzięki niemu przeżyła tamtą noc. Inaczej na pewno jej by tutaj nie było.
- Krąg nie pozwolił im nas dopaść. Byliśmy bezpieczni, gdy znajdowaliśmy się w środku. Czekały, aż go opuścimy, tkwiły przy nas niemalże całą noc. - Przynosiły wszystko co najgorsze, powodowały, że najgorsze wspomnienia wracały, a ciała przeszywał okropny chłód. Na szczęście nie udało im się zrobić nic więcej.
Uniosła głowę, bo poczuła na sobie jego spojrzenie. Westchnęła ciężko. Co robiła z wilkołakiem i animagiem? Cóż, jak zawsze kierowała się instynktem, a wiadomo, że tego samozachowawczego nie można było u niej zauważyć. - Wilkołak przemienił się w Dolinie, przy ludziach, wbiegł do Kniei, pobiegłam za nią, żeby mieć pewność, że nic złego jej się nie stanie. - To, że widma mogły zrobić krzywdę i jej przecież nic nie zmieniało. Nie umiała zostawić nikogo na pastwę losu. - Najwyraźniej ten drugi animag zrobił to samo. - Też znalazł się tam zupełnie przypadkiem.
- Zastanawiam się, czy będą pilnować tego kręgu, ale można spróbować się tam zakraść. - Skoro mogła się teleportować z kręgu, to zapewne działało to też w drugą stronę, najwyżej szybko spierdolą z powrotem, jeśli okaże się, że ktoś z ministerstwa znajduje się w kręgu. To nie było szczególnie rozsądne, ale co innego mogli zrobić?
- Co jak co, ale ja nigdy nie zapominam drogi Roise. - Spędziła w lasach niemalże całe życie, akurat tam nigdy się nie gubiła, to nie mogło mieć miejsca.
- Ja już się w to zaangażowałam. - To nie tak, że chciała to zrobić, to już się działo. Oczywiście, że nie zamierzała z tego zrezygnować. Nie umiałaby pozostawić tego tematu, kiedy mogło mieć to wpływ na to, jak będzie wyglądało życie wielu osób.
- Szkoda, że nie można im wyrządzić krzywdy innymi metodami. - Tak, zdecydowanie wolałaby sięgnąć po inne narzędzia niżeli nekromancję, ale w tym przypadku nie widziała innej możliwości. Nie dało się ich pozbyć poprzez fizyczne metody, nie dało się tego zabić. Czas najwyższy więc dostosować się do tego, z czym przyjdzie jej walczyć.
- W tym przypadku nie uważam spierdalania za coś złego. - Normalnie wolała doprowadzać do konfrontacji, ale miała świadomość, że tutaj to mogło się zakończyć bardzo szybko. Widma wysysały życiową energię, nie dało się z tym zbyt długo walczyć. Ucieczka więc wcale nie była przegraną, bo w końcu kończyła jako żywa.
- One żrą wasze drzewa? - Nie wspomniał jej o tym wcześniej. Czy jeszcze jakieś zostały, przecież skoro nie mogły uciekać były chyba najłatwiej dostępnym pożywieniem dla tych istot. - Dużo ich zniszczyły? - Może warto byłoby o nie zadbać i zbudować wokół nich krąg taki, jak ten, który ona znalazła w lesie. Miała świadomość, że te drzewa były dla nich ważne.
Sugerował jej najwyraźniej, żeby w razie zagrożenia, kierowała się do ich drzew, aby widma mogły zająć się nimi. Nie miała pojęcia dlaczego to robił, bo przecież poniekąd to była ich rodzina. Nie powinien dopuszczać do tego, aby Yaxleyówna korzystała z takiej możliwości, nie mogłaby wykorzystywać tej wiedzy.
- Trochę powątpiewam, nie znam chyba nawet nikogo kto byłby w stanie zaryzykować, aż tak. - No poza nią samą, ale ona nie posiadała odpowiedniego doświadczenia, co nieco komplikowało sprawę. Cóż, może warto zasięgnąć języka i poszukać, jakichś śmiałków, którzy mieliby ochotę zaangażować się w coś podobnego, może uda jej się kogoś znaleźć. Nie zamierzała nikogo namwiać, tylko po prostu poszukać chętnych, być może chodzą po tym świecie jeszcze osoby niespełne rozumu tak jak i ona. Wiedziała bowiem, że nie może tego zrobić sama, nie tym razem, mogłoby ją to zbyt wiele kosztować. W sumie zastanawiała się, jak widma zareagowałyby na wampira, nie spotkała się jeszcze z przypadkiem w którym spotkały się z taką istotą, to też będzie musiała sprawdzić. Oczywiście nie wyśle brata samego do lasu... ale może to był jakiś punkt zaczepienia?
- To trzeba znaleźć ten trzeci. - Była naprawdę zdeterminowana, aby doprowadzić ten temat do końca. Jak sobie usrała, że się czymś zajmie, to nie było zmiłuj. Wolała jednak wszystko dokładnie przemyśleć, aby mieć pewność, że nikomu nie stanie się krzywda. Nie mogła działać jak poparzona, nie tym razem, chociaż zapewne to byłoby bardziej w jej stylu.
Wiatr wiał coraz mocniej, burza rozpętała się na dobre, na niebie co chwilę pojawiały się błyskawice, które je rozjaśniały, do tego deszcz padał bardzo intensywnie. Faktycznie na zewnątrz przestawało być przyjemnie, zimny dreszcz przeszedł jej po ciele wraz z kolejnym podmuchem.
- Tak, nie ma co siedzieć na zewnątrz. - Nie miała pojęcia, co zrobią, gdy wrócą do środka, bo przecież praktycznie nic sobie nie wyjaśnili, ale chciała to zrobić. Najpewniej po prostu zaszyją się w pościeli i pójdą spać, byli zmęczeni, ten dzień przyniósł wiele emocji, potrzebowali odpoczynku od tego, co się wydarzyło, ale też musieli się przygotować na to, co miało nadejść. Świat nie będzie na nich czekał, musili do niego wrócić i jakoś odnaleźć się w tej szarej, brutalnej rzeczywistości pełnej zła.
Odsunęła się w końcu od mężczyzny i podniosła na nogi, wbiła spojrzenie jeszcze na krótką chwilę w nieboskłon, naprawdę niesamowity spektakl się tam dział. Nie mogli jednak tkwić tutaj przez wieczność, robiło się chłodno, byli zmęczeni, potrzebowali teraz czegoś innego.