16.12.2024, 16:15 ✶
– Nie lepiej więc szybko zniknąć? – zdziwiła się Mackenzie, chociaż zaraz pokiwała głową, z pewnym zrozumieniem. Argument obawy przed tym, że szlaban skomplikuje sprawy związane z quidditchem, trafiał jej do serca. Jeżeli coś powstrzymywało ją czasem przed złapaniem kogoś za fraki, gdy rzucił nieprzyjemny komentarz na temat jej pochodzenia, to tym czymś często była myśl o zbliżającym się meczu. Nie mogła tracić treningów z powodu szlabanów, chociaż akurat że wywalą ją z drużyny się nie obawiała – opiekunka Domu na to by nigdy nie pozwoliła.
Ale chwilę później wszystkie myśli na ten temat pierzchły, bo najpierw wylądowała na podłodze, a potem podjęła próbę ataku na Irytka, który – niestety – umknął z toru lotu pocisku.
– No przecież nie mam oczu nad głową!
Gdy latała na miotle, mogłoby się zdawać, że jest zupełnie inaczej, ale tutaj, na ziemi… działało to u niej trochę inaczej.
Zła była jak osa. Przed dalszymi atakami wcale nie powstrzymała jej obawa przed tym, że przypadkiem trafi Jessiego, a myśl o tym, że Irytego i tak jakoś umknie przed ciskanymi w niego przedmiotami. On mógł latać, ona teraz nie – gdyby miała miotłę pod ręką, to pobawiliby się inaczej.
Rozzłoszczona kopnęła najbliższą zbroję i ani trochę się nie przejęła, kiedy ta też runęła na ziemię. Wyobrażała sobie przez moment, że z hukiem na ziemię upada nie kupa bezużytecznego żelastwa, a Irytek.
Bywała przewrażliwiona na swoim punkcie i bardzo nie lubiła, gdy ktokolwiek się z niej naśmiewał. Nieważne, w której była klasie i nieważne, że naśmiewającym się była złośliwa istota utkana z chaosu.
– Każdy uwierzy Irytkowi, bo taki jest prawdomówny – prychnęła na te wszystkie groźby o naskarżeniu, a potem spojrzała na Jessiego. Drobna, blada twarz dziewczyny, była wykrzywiona ze złości. – Nie wiem, jak ty, ale ja spadam – stwierdziła, bo miała serdecznie dość, a poza tym nie chciała dać się przyłapać przy tym całym bałaganie. Nawet jeśli wątpiła, by ktoś za bardzo wierzył w szczere intencje Irytka.
Ale chwilę później wszystkie myśli na ten temat pierzchły, bo najpierw wylądowała na podłodze, a potem podjęła próbę ataku na Irytka, który – niestety – umknął z toru lotu pocisku.
– No przecież nie mam oczu nad głową!
Gdy latała na miotle, mogłoby się zdawać, że jest zupełnie inaczej, ale tutaj, na ziemi… działało to u niej trochę inaczej.
Zła była jak osa. Przed dalszymi atakami wcale nie powstrzymała jej obawa przed tym, że przypadkiem trafi Jessiego, a myśl o tym, że Irytego i tak jakoś umknie przed ciskanymi w niego przedmiotami. On mógł latać, ona teraz nie – gdyby miała miotłę pod ręką, to pobawiliby się inaczej.
Rozzłoszczona kopnęła najbliższą zbroję i ani trochę się nie przejęła, kiedy ta też runęła na ziemię. Wyobrażała sobie przez moment, że z hukiem na ziemię upada nie kupa bezużytecznego żelastwa, a Irytek.
Bywała przewrażliwiona na swoim punkcie i bardzo nie lubiła, gdy ktokolwiek się z niej naśmiewał. Nieważne, w której była klasie i nieważne, że naśmiewającym się była złośliwa istota utkana z chaosu.
– Każdy uwierzy Irytkowi, bo taki jest prawdomówny – prychnęła na te wszystkie groźby o naskarżeniu, a potem spojrzała na Jessiego. Drobna, blada twarz dziewczyny, była wykrzywiona ze złości. – Nie wiem, jak ty, ale ja spadam – stwierdziła, bo miała serdecznie dość, a poza tym nie chciała dać się przyłapać przy tym całym bałaganie. Nawet jeśli wątpiła, by ktoś za bardzo wierzył w szczere intencje Irytka.