16.12.2024, 17:00 ✶
– Za głupi, czy może raczej przytłoczony? – spytała, bo w obliczu tego wszystkiego, co działo się w kraju i w jego własnym życiu, ciężko było mu nadążyć.
Mogła mieć tylko nadzieję, że zasugerowanie wizyty w oceanarium nie wyjdzie na złe. Że nie stanie się tak, że jednak nie znajdzie tam żadnych potomków selkie i poczuje się rozczarowany – ani że nie pójdzie ścieżką wręcz przeciwną. Odnajdzie ich i zdecyduje się porzucić czarodziejów.
Tym razem Florence nie miała odwagi próbować zajrzeć w jego przyszłość.
– Jestem właściwie pewna, że tak – powiedziała łagodnie, gdy spytał o atak, chociaż żaden ton nie mógł sprawić, że łatwiej będzie przyswoić tę informację. Czy chciała psuć jego spokój? Nie. Ale nie chciała też potem wyrzucać sobie, że o niczym nie wspomniała. – Nie wiem, mój drogi. Słyszałam głos, który wspominał o Samhain i Beltane, ale raczej… w negacji ich znaczenia. Nie mam pojęcia, czy to była wskazówka. Nie widziałam niczego, co sugerowałoby konkretną porę roku. Raczej dnia: panowały już ciemności – stwierdziła. Bardzo spokojnie, chociaż ani gdy doświadczyła tej wizji, ani tuż potem, spokojna nie była. Teraz jednak odzyskała opanowanie na tyle, by mówić o wszystkim podobnie, jak mówiłaby o jakiejś klątwie, odpowiadając na pytania studentów. – Ktoś inny wspomniał, że widział coś, co jego zdaniem sugeruje jesień, ale równie dobrze może to być jej początek, jak i środek. Przykro mi, że nie potrafię powiedzieć nic więcej.
Mylili się zresztą oboje, i ona i Morpheus, wierząc liściom z wizji, bo ogień miał przyjść, zanim te zaczną spadać na dobre z drzew, ale Florence o tym nie wiedziała, a każda data wydawała się jej teraz możliwa.
– Jeśli cię to pocieszy, nie sądzę, by New Forest było w niebezpieczeństwie – westchnęła w końcu. Upiła łyk napoju, podsuniętego jej przez skrzata, a potem zerknęła jeszcze na talerz Laurenta. – Będę powoli się zbierać, niedługo zaczynam dyżur. Zjedz coś jeszcze, proszę.
Mogła mieć tylko nadzieję, że zasugerowanie wizyty w oceanarium nie wyjdzie na złe. Że nie stanie się tak, że jednak nie znajdzie tam żadnych potomków selkie i poczuje się rozczarowany – ani że nie pójdzie ścieżką wręcz przeciwną. Odnajdzie ich i zdecyduje się porzucić czarodziejów.
Tym razem Florence nie miała odwagi próbować zajrzeć w jego przyszłość.
– Jestem właściwie pewna, że tak – powiedziała łagodnie, gdy spytał o atak, chociaż żaden ton nie mógł sprawić, że łatwiej będzie przyswoić tę informację. Czy chciała psuć jego spokój? Nie. Ale nie chciała też potem wyrzucać sobie, że o niczym nie wspomniała. – Nie wiem, mój drogi. Słyszałam głos, który wspominał o Samhain i Beltane, ale raczej… w negacji ich znaczenia. Nie mam pojęcia, czy to była wskazówka. Nie widziałam niczego, co sugerowałoby konkretną porę roku. Raczej dnia: panowały już ciemności – stwierdziła. Bardzo spokojnie, chociaż ani gdy doświadczyła tej wizji, ani tuż potem, spokojna nie była. Teraz jednak odzyskała opanowanie na tyle, by mówić o wszystkim podobnie, jak mówiłaby o jakiejś klątwie, odpowiadając na pytania studentów. – Ktoś inny wspomniał, że widział coś, co jego zdaniem sugeruje jesień, ale równie dobrze może to być jej początek, jak i środek. Przykro mi, że nie potrafię powiedzieć nic więcej.
Mylili się zresztą oboje, i ona i Morpheus, wierząc liściom z wizji, bo ogień miał przyjść, zanim te zaczną spadać na dobre z drzew, ale Florence o tym nie wiedziała, a każda data wydawała się jej teraz możliwa.
– Jeśli cię to pocieszy, nie sądzę, by New Forest było w niebezpieczeństwie – westchnęła w końcu. Upiła łyk napoju, podsuniętego jej przez skrzata, a potem zerknęła jeszcze na talerz Laurenta. – Będę powoli się zbierać, niedługo zaczynam dyżur. Zjedz coś jeszcze, proszę.