Niewinność człowieka śpiącego czyniła z najprostszej chwili magię. On sam spał snem sprawiedliwym, głębokim. W końcu - bez snów. Bez koszmarów i bez strachu, a powinien się bać najbardziej, kiedy ten szaleniec spał tuż obok niego i nie sposób było przewidzieć, co mu przyjdzie do głowy. W tych powinnościach doliczymy parę istotnych elementów tworzących Crowa, a potem przekładających się na The Edga... złodziej, morderca. Manipulant i oszust. Słodka, niewinna istota - jak anioł, który zapomniał, że powinien przyprószać swoją skórę złotem, dlatego ozdobił ją bliznami. One również lśniły - jaśniejsze przebarwienia na skórze, halo aureoli.
I przez moment podziwiał czarną aureolę, jej fałszywe poświaty i zastanawiał się nad tymi powinnościami i nad brakiem strachu. Nad swoją głupotą, że obcego człowieka wpuszcza do swojego życia, ale mezpah szumiała w głowie jak kojące liście stuletniego dębu w upalny dzień. To było nienormalne, było nieodpowiedzialne. Niepoważne. Skrytykowałby go pewnie każdy, ale on wiedział. Oni po prostu nie mogliby tego zrozumieć, a on nawet nie chciał tego tłumaczyć. Ładne mydlenie własnych oczu dla całkowitego wariactwa, prawda? Od samego początku - od uderzenia, przez przymus veritaserum, potem przez głupotę, że chciał (znów!) dla obcego człowieka dobrze, więc zgodził się na przysięgę. Przez ranienie siebie, poprzez zostawioną krew na podłodze, siniaki na własnym ciele od miłosnych uniesień i zaćpane spojrzenie na jego kanapie. Aż do tego punktu. Do wsłuchiwania się w szmer liści (albo szmer słów) w blasku słońca (w cieniu zasłoniętych kotar i ciemnych włosów).
Zaśmiał się perliście, przewracając całym ciałem na łóżko. Wyciągnął się na nim obok czarnowłosego, przylegając do niego sobą z uśmiechem - dość figlarnym, ale nie pojawiło się zaproszenie do flirtów ściągania z siebie odzieży. Tak jak nieustępliwie wyszarpywał Flynna z objęcia Morosa, tak nieustępliwie wyszarpywał zezwolenie na przyjemności na później. Własne, jego - nie ma znaczenia. Co miało zostać zrobione, musiało zostać zrobione. Kalendarz Prewetta musiał się zgadzać - a i tak miał opóźnienie przynajmniej jednego dnia.
Beztroska słodycz też została wyrwana - tylko tym razem nie przez niego. To przez kaszel. Powinien go zobaczyć medyk... Florence na przykład? Nie, lepiej nie. Ktoś bardziej... Basilius! Będę musiał go poprosić... Na razie wpraszała się troska. Usiadł na łóżku i wpatrywał się z nią we Flynna - jakby siedziała na jego kolanach, albo patrzyła jego oczyma. Ta cała Troska, niezwykle urokliwa dziewczyna.
- Dałem ci pospać najdłużej, jak się dało. Musiało ci się coś przyśnić. - Głaskał go po plecach i ramieniu, zanim wstał. Odprowadził go spojrzeniem. Przez moment jeszcze siedział, wsłuchując się w szum wody.
Był bardzo przyzwyczajony do poranków, kiedy ktoś budził się w tym łóżku, albo to on budził się w łóżku kogoś innego. I każdy z tych poranków był inny. Żaden nie miał w sobie zaś namiastki stałości. Były takie same, jak promienie słońca - za szybko rozmywały się na granacie nieba i już nie widziałeś ich wcale, gdy władać zaczynał błękit. Nadal nie potrafił przyswoić myśli, że Flynn miałby też być stałą. A gdyby miał - w jakim wydaniu? Może zorganizowałby mu jakąś przestrzeń w pokoju gościnnym? Łóżko można zastąpić czymkolwiek... Jakie potrzeby właściwie miał ten człowiek? Jakie...
Odetchnął i podniósł się z łóżka, żeby podejść do tarasowych drzwi i je otworzyć. Duma już siedział na tarasie - wyczuł doskonale (może usłyszał), że Flynn się przebudził i ślepia jarczuka śledziły każdy ruch czarnowłosego, dopóki nie zniknął w łazience. Minął się z Divą, która za to skorzystała i czmychnęła na zewnątrz.
- Już, mój drogi. Spokojnie. - Zwrócił się do psa, bo ten obszedł go dookoła burcząc coś z niezadowoleniem i znowu się napiął, kiedy usłyszał, że Flynn z łazienki wyszedł. Laurent przesunął go ręką - a raczej pies sam się przesunął czując dotyk właściciela, bo jakoś nie pozostawiało wątpliwości, że tego źrebaka (bo bliżej mu było wielkością do konia niż do psa) to Laurent by przesunął, jakby się mocno zaparł. Uśmiechnął się w pocałunku, ale też zmarszczył brwi i trochę uciekł w pierwszym momencie na to odczuwalne zimno. Nie spodziewał się go. Uciekł, ale wcale nie przerwał połączenia ich warg i zaraz sam po nie sięgnął. - Często tak kaszlesz? - Zapytał w końcu. Nie zamknął drzwi - skoro i tak Flynn koło nich stanął i wyciągnął fajki. Ale sam go zostawił tutaj i usiadł przy stole. Kawa mu stygła. Duma za nim - i położył się przy krześle Laurenta. - Liczyłem na to, że dzisiaj się uda popływać, ale pogoda nie sprzyja pływaniu w morzu czarodziejom. - Słoneczko nie dokazywało - chmury gościły na niebie. - Za to... dzisiaj już nie zdążymy, szczególnie, że wieczorem muszę jednak wyjść, ale to dla mnie bardzo ważne... - Zatrzymał się z filiżanką kawy w dłoni na moment zamyślenia. - Jeśli miałbyś ochotę to chciałbym w przyszłym tygodniu odwiedzić oceanarium Shackelbottów. - Obserwował jego sylwetkę kontrastującą z jasnością otoczenia za oknem. Obserwował piękno namalowane przed szybą dłonią szalonego artysty, który włożył w ten szkic całe swoje wysublimowanie. Patrzył, pożerał spojrzeniem i karmił się tym widokiem bardziej niż jakimkolwiek posiłkiem. Ten papieros w jego dłoni był bardzo seksowny. To, jak wyginał te plecy, kiedy się tak podpierał i jak oświetlenie grało zmysłowymi cieniami na jego skórze.