Czyli wiedział, że nie spał w nocy? Chyba tak, skoro mu dał „pospać jak najdłużej”. Z drugiej strony Laurent często wydawał się wyjątkowo niezorientowany w tym, na co mógł sobie w tej relacji pozwolić. Mógłby mu powiedzieć. To nie były jakieś wielkie, skrywane przez niego tajemnice. O jego przyzwyczajeniach wiedziało sporo osób. I wcześniej pytał siebie: ale gdzie w tym zabawa? Faktycznie podobało mu się to jak ktoś dla niego próbował po omacku wyczuć jakim był człowiekiem, ale gdzie była zabawa w tym, że Laurent się czegoś bał, nie rozumiał co się dzieje, starał się i trafiał na ścianę... Nie było w tym nic oczywistego.
Im dłużej palił, tym spokojniejszy się wydawał. Przestał wyglądać, jakby ten spazmatyczny atak kaszlu mógł wrócić w każdej chwili. Zamiast tego wyglądał zwyczajnie smutno.
- Szkoda. - Tylko tak skomentował to wszystko. Szkoda. Bo naprawdę chciał spędzić z nim te dni. Jeżeli Laurent chciał pływać, to Crow też chciał pływać. I może gdyby się zmęczył w tej wodzie, to wreszcie nabrałby apetytu na coś innego niż kupa zielska. No i niby nie miał prawa domagać się tego, że pojawi się w New Forest losowego dnia, a jego właściciel nagle wyrzuci do kosza wszystkie swoje plany. Poza tym wcale tego nie oczekiwał, ale... To i tak zawsze brzmiało jakoś przykro. Ktoś tam lub coś tam było ważniejsze. Niedoprecyzowane coś tam, bo przecież o tym, że dzisiaj rano odwiedzi go kuzynka powiedzieć się nie zawahał. - Myślałem, że wrócę dopiero jutro. - Nie wiedział po co to w ogóle dodał. To brzmiało trochę jakby wymusił z siebie cokolwiek, żeby nie być znów takim nieresponsywnym jak wcześniej. Ale to znowu nie brzmiało. Bo chciał to powiedzieć tak, aby uczynić oczywistym chęć spędzenia tego czasu z nim, póki go jeszcze miał. Tylko takie słowa potrafiły brzmieć jakby nie chciał tam wracać i to było jedynym powodem tego szkoda. To nie była prawda. On był zwyczajnie zazdrosny o ten wieczór, bo już sobie dopisywał do tego jakieś głupie historie odbierające mu możliwość leżenia pod Laurentem i dokończenia wczorajszej książki. Ale co jeśli on zinterpretuje to inaczej? Słowa... One były niewystarczające. Brakowało w nich esencji, której nie potrafił przekazywać tak dobrze jak inni. Znów przepływała przez niego masa myśli, a chwila była krótka. - Aaah - przypomniał sobie nagle zadane mu pytanie. - Tak. Mówiłem ci. Papierosy. Tak, przyjdę. - Gdzieś miał te ryby. Przyjdzie tam i będzie stał obok jakiegoś akwarium z rekinem i gapił się na typa, z którym tam przyszedł.
Dopalił tego papierosa szybko i dał mu odlecieć. Uniósł się wraz z dymem i popiołem, podążając wyznaczoną mu magią trasą prosto do kosza lub popielniczki. Niezaśmiecanie ogrodu kiepami było dosyć prostą w realizacji prośbą, przy której nie musiał nawet udawać. Bardzo dobrze. Tylko chłodno mu było po tych rozmyślaniach - potarł przedramię dłonią i zawrócił do środka. Do stołu, chociaż nie lubił siedzieć przy stole. Drewniane krzesła musiały być tworzone na złość, na pewno nie z miłością.
Przysunął się bliżej, żeby ich uda się zetknęły. Może powinien najpierw coś na siebie założyć? Nie, to raczej nie miało żadnego znaczenia. Gnębiony przez niego widelcem naleśnik też. Niestety nie mógł wybić z łba tego, że ten dzień rozpoczął się od uświadomienia go o końcu tego spotkania. I kiedy zobaczą się znowu? W przyszłym tygodniu w oceanarium. Powinien się cieszyć. Więc dlaczego się nie cieszył? I nadal tu byli, a jednak on trwał w tym jak ciepło mu było wczoraj i jak to wszystko rozpłynie się jutro... Pęknie jak bańka mydlana.
Im dłużej palił, tym spokojniejszy się wydawał. Przestał wyglądać, jakby ten spazmatyczny atak kaszlu mógł wrócić w każdej chwili. Zamiast tego wyglądał zwyczajnie smutno.
- Szkoda. - Tylko tak skomentował to wszystko. Szkoda. Bo naprawdę chciał spędzić z nim te dni. Jeżeli Laurent chciał pływać, to Crow też chciał pływać. I może gdyby się zmęczył w tej wodzie, to wreszcie nabrałby apetytu na coś innego niż kupa zielska. No i niby nie miał prawa domagać się tego, że pojawi się w New Forest losowego dnia, a jego właściciel nagle wyrzuci do kosza wszystkie swoje plany. Poza tym wcale tego nie oczekiwał, ale... To i tak zawsze brzmiało jakoś przykro. Ktoś tam lub coś tam było ważniejsze. Niedoprecyzowane coś tam, bo przecież o tym, że dzisiaj rano odwiedzi go kuzynka powiedzieć się nie zawahał. - Myślałem, że wrócę dopiero jutro. - Nie wiedział po co to w ogóle dodał. To brzmiało trochę jakby wymusił z siebie cokolwiek, żeby nie być znów takim nieresponsywnym jak wcześniej. Ale to znowu nie brzmiało. Bo chciał to powiedzieć tak, aby uczynić oczywistym chęć spędzenia tego czasu z nim, póki go jeszcze miał. Tylko takie słowa potrafiły brzmieć jakby nie chciał tam wracać i to było jedynym powodem tego szkoda. To nie była prawda. On był zwyczajnie zazdrosny o ten wieczór, bo już sobie dopisywał do tego jakieś głupie historie odbierające mu możliwość leżenia pod Laurentem i dokończenia wczorajszej książki. Ale co jeśli on zinterpretuje to inaczej? Słowa... One były niewystarczające. Brakowało w nich esencji, której nie potrafił przekazywać tak dobrze jak inni. Znów przepływała przez niego masa myśli, a chwila była krótka. - Aaah - przypomniał sobie nagle zadane mu pytanie. - Tak. Mówiłem ci. Papierosy. Tak, przyjdę. - Gdzieś miał te ryby. Przyjdzie tam i będzie stał obok jakiegoś akwarium z rekinem i gapił się na typa, z którym tam przyszedł.
Dopalił tego papierosa szybko i dał mu odlecieć. Uniósł się wraz z dymem i popiołem, podążając wyznaczoną mu magią trasą prosto do kosza lub popielniczki. Niezaśmiecanie ogrodu kiepami było dosyć prostą w realizacji prośbą, przy której nie musiał nawet udawać. Bardzo dobrze. Tylko chłodno mu było po tych rozmyślaniach - potarł przedramię dłonią i zawrócił do środka. Do stołu, chociaż nie lubił siedzieć przy stole. Drewniane krzesła musiały być tworzone na złość, na pewno nie z miłością.
Przysunął się bliżej, żeby ich uda się zetknęły. Może powinien najpierw coś na siebie założyć? Nie, to raczej nie miało żadnego znaczenia. Gnębiony przez niego widelcem naleśnik też. Niestety nie mógł wybić z łba tego, że ten dzień rozpoczął się od uświadomienia go o końcu tego spotkania. I kiedy zobaczą się znowu? W przyszłym tygodniu w oceanarium. Powinien się cieszyć. Więc dlaczego się nie cieszył? I nadal tu byli, a jednak on trwał w tym jak ciepło mu było wczoraj i jak to wszystko rozpłynie się jutro... Pęknie jak bańka mydlana.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.