17.12.2024, 10:01 ✶
– Czyli masz parę siniaków – jęknęła Brenna, przystając przed furtką. Przyjrzała się uważnie twarzy Alice, potem jej rękom, a potem jeszcze zaczęła obchodzić ją dookoła, jakby w nadziei, że dostrzeże, gdzie powstały ewentualne obrażenia: ale zarówno ubranie, jak i warstwa błota dość skutecznie utrudniały oględziny. – Bardzo boli? Gdzie? To na pewno tylko siniaki, a nie żadne złamania? – upewniała się zmartwiona.
Ona nie była zmęczona, niezbyt przejmowała się wizją rychłego zgonu z ręki swojej matki, nie doskwierały jej nawet jakoś te wszystkie siniaki i rozcięcia, za to bardzo się martwiła, że może Alice ucierpiała.
Pojawienie Jolene skutecznie odwróciło jednak jej uwagę.
– Em… Eva Stuart zgubiła gdzieś nad jeziorem młodszego braciszka, poszłyśmy go szukać, i jak szłyśmy za śladami, co myślałyśmy, że są jego, ale na szczęście nie były jego, weszłyśmy w błoto i zaczęło padać – wyrzuciła z siebie na jednym wdechu. Jej aura przepełniona była zmartwieniem, może troszkę poczuciem winy, ale nie było w niej niczego, co wskazywałoby na to, że Brenna kłamie: bo i nie kłamała, po prostu maksymalnie skróciła historię, na razie pomijając te fragmenty z dziwnymi czarodziejkami z mieczami, i gniazdem wielkich, czerwonych ropuch, które było położone w samym centrum tego błota, w które weszły… no dobrze, właściwie to nie weszły. Wpadły. – Ale nic nam nie jest. Znaczy się nic poważnego. I znalazłyśmy małego Stuarta. Ten mały gatunek wszedł na drzewo i siedział tam cały czas, gdy my wszyscy biegaliśmy w okolicy i go próbowaliśmy znaleźć. A jak już go znalazłyśmy, to nie umiał sam zejść i musiałam tam za nim się wdrapać – dodała jeszcze, tak czując się w obowiązku uzupełnić – nic niezwykłego, bo Brenna zawsze była nadmiernie gadatliwa. – Jasne. My tu sobie poociekamy – zgodziła się bez protestów, zastygając niemalże w miejscu na przykaz pani Bletchey, a jej spojrzenie na moment skierowało się ku chmurom, jakby chciała upewnić się, czy nie zacznie zaraz znowu lać.
Ona nie była zmęczona, niezbyt przejmowała się wizją rychłego zgonu z ręki swojej matki, nie doskwierały jej nawet jakoś te wszystkie siniaki i rozcięcia, za to bardzo się martwiła, że może Alice ucierpiała.
Pojawienie Jolene skutecznie odwróciło jednak jej uwagę.
– Em… Eva Stuart zgubiła gdzieś nad jeziorem młodszego braciszka, poszłyśmy go szukać, i jak szłyśmy za śladami, co myślałyśmy, że są jego, ale na szczęście nie były jego, weszłyśmy w błoto i zaczęło padać – wyrzuciła z siebie na jednym wdechu. Jej aura przepełniona była zmartwieniem, może troszkę poczuciem winy, ale nie było w niej niczego, co wskazywałoby na to, że Brenna kłamie: bo i nie kłamała, po prostu maksymalnie skróciła historię, na razie pomijając te fragmenty z dziwnymi czarodziejkami z mieczami, i gniazdem wielkich, czerwonych ropuch, które było położone w samym centrum tego błota, w które weszły… no dobrze, właściwie to nie weszły. Wpadły. – Ale nic nam nie jest. Znaczy się nic poważnego. I znalazłyśmy małego Stuarta. Ten mały gatunek wszedł na drzewo i siedział tam cały czas, gdy my wszyscy biegaliśmy w okolicy i go próbowaliśmy znaleźć. A jak już go znalazłyśmy, to nie umiał sam zejść i musiałam tam za nim się wdrapać – dodała jeszcze, tak czując się w obowiązku uzupełnić – nic niezwykłego, bo Brenna zawsze była nadmiernie gadatliwa. – Jasne. My tu sobie poociekamy – zgodziła się bez protestów, zastygając niemalże w miejscu na przykaz pani Bletchey, a jej spojrzenie na moment skierowało się ku chmurom, jakby chciała upewnić się, czy nie zacznie zaraz znowu lać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.