17.12.2024, 10:27 ✶
Charlotte uniosła lekko kieliszek, przypatrując się pod światło bursztynowemu płynowi, zanim go wypiła.
– Cokolwiek to będzie, stawimy temu czoło – stwierdziła, bardzo spokojnie, w głowie przetwarzając jednak już wszystko, co wiedziała o wampirach. Nie lubiły słońca, ognia i obcinania im głów. Niestety, te „słabe punkty” w istocie nie były zbytnio słabymi punktami, bo ognia i obcinania głów nie lubiła też większość ludzi.
A przed słońcem też można było chronić się w różne sposoby.
– Ale jeżeli będzie cię nachodził, groził, wysyłał kwiaty, listy miłosne albo stworzy ołtarzyk z twoim obrazem, bardzo proszę, Johny, tym razem powiedz nam o tym od razu. Oboje ostatnio przekonaliśmy się, że obsesje mogą być niebezpieczne – powiedziała, wciąż rzeczowym tonem. Może była trochę na Selwyna zirytowana, że o niczym im nie wspomniał: ani o związku, ani o dziwnych listach, gdy ewidentnie to wszystko dręczyło go na swój sposób. Ale w tej chwili Jonathan i tak tonął wyraźnie w wyrzutach sumienia. Nie dobijasz bliskich ci ludzi w takich chwilach – zwłaszcza, że wszyscy mieli potencjalnie większy problem na głowie.
A gdy wspomniał o dzieciach, palce Charlotte nieco mocniej zacisnęły się na kieliszku.
– Dolej mi – poprosiła, podsuwając mu znowu naczynie pod nos. Jej spojrzenie stało się chłodniejsze: nie było to zimno skierowane przeciwko niemu, ale w tej chwili do Charlotte dotarło wreszcie, czego obawiał się Jonathan. Nie chodziło tylko o to, że zagrożony był on czy nawet Anthony, Morpheus i Charlotte.
Na celowniku mogły znaleźć się też dzieci.
Jej dzieci.
Wpatrywała się gdzieś w przestrzeń, niewidzącym wzrokiem: myślała o tym, że trzeba poćwiczyć zaklęcia podpalające i ścinające głowy. I niewiele ją obchodziło, w jaki sposób mogło to odcisnąć piętno na jej duszy – Charlotte Kelly nie miała wielu bliskich, ale dla tych, na których jej zależało, była gotowa upaść bardzo, bardzo nisko. Na samo dno piekieł.
– Wiem, Jonathanie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że na nic nie naraziłbyś Jessiego świadomie. Powinnam chyba spytać, jak się z tym wszystkim czujesz i czy chcesz porozmawiać teraz – stwierdziła w końcu. – Zrobiłabym to, ale myślę, że powinnam upewnić się, że dzieci nie planują udziału w żadnych… późnych przyjęciach. I może upiec ciasteczka. Żeby zanieść je aurorowi, który mieszka w naszej kamienicy, tak w ramach sąsiedzkiej przysługi…
Letnie dni były długie: ale nieubłaganie nadchodziła jesień, a wraz z nią częste deszcze i gęste chmury, i to nagle mogło oznaczać duże nieprzyjemności.
– Cokolwiek to będzie, stawimy temu czoło – stwierdziła, bardzo spokojnie, w głowie przetwarzając jednak już wszystko, co wiedziała o wampirach. Nie lubiły słońca, ognia i obcinania im głów. Niestety, te „słabe punkty” w istocie nie były zbytnio słabymi punktami, bo ognia i obcinania głów nie lubiła też większość ludzi.
A przed słońcem też można było chronić się w różne sposoby.
– Ale jeżeli będzie cię nachodził, groził, wysyłał kwiaty, listy miłosne albo stworzy ołtarzyk z twoim obrazem, bardzo proszę, Johny, tym razem powiedz nam o tym od razu. Oboje ostatnio przekonaliśmy się, że obsesje mogą być niebezpieczne – powiedziała, wciąż rzeczowym tonem. Może była trochę na Selwyna zirytowana, że o niczym im nie wspomniał: ani o związku, ani o dziwnych listach, gdy ewidentnie to wszystko dręczyło go na swój sposób. Ale w tej chwili Jonathan i tak tonął wyraźnie w wyrzutach sumienia. Nie dobijasz bliskich ci ludzi w takich chwilach – zwłaszcza, że wszyscy mieli potencjalnie większy problem na głowie.
A gdy wspomniał o dzieciach, palce Charlotte nieco mocniej zacisnęły się na kieliszku.
– Dolej mi – poprosiła, podsuwając mu znowu naczynie pod nos. Jej spojrzenie stało się chłodniejsze: nie było to zimno skierowane przeciwko niemu, ale w tej chwili do Charlotte dotarło wreszcie, czego obawiał się Jonathan. Nie chodziło tylko o to, że zagrożony był on czy nawet Anthony, Morpheus i Charlotte.
Na celowniku mogły znaleźć się też dzieci.
Jej dzieci.
Wpatrywała się gdzieś w przestrzeń, niewidzącym wzrokiem: myślała o tym, że trzeba poćwiczyć zaklęcia podpalające i ścinające głowy. I niewiele ją obchodziło, w jaki sposób mogło to odcisnąć piętno na jej duszy – Charlotte Kelly nie miała wielu bliskich, ale dla tych, na których jej zależało, była gotowa upaść bardzo, bardzo nisko. Na samo dno piekieł.
– Wiem, Jonathanie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że na nic nie naraziłbyś Jessiego świadomie. Powinnam chyba spytać, jak się z tym wszystkim czujesz i czy chcesz porozmawiać teraz – stwierdziła w końcu. – Zrobiłabym to, ale myślę, że powinnam upewnić się, że dzieci nie planują udziału w żadnych… późnych przyjęciach. I może upiec ciasteczka. Żeby zanieść je aurorowi, który mieszka w naszej kamienicy, tak w ramach sąsiedzkiej przysługi…
Letnie dni były długie: ale nieubłaganie nadchodziła jesień, a wraz z nią częste deszcze i gęste chmury, i to nagle mogło oznaczać duże nieprzyjemności.