Smutno - lub melancholijnie. Albo to i to. Laurent nie widział smutku, kiedy mężczyzna stał prawie tyłem do niego, za to widział wiele innych rzeczy. Część z nich pewnie sobie dopisywał, a inna część była wypadkową tego chłodu, który wdarł się do poranka. Bo Flynn wyglądał, jakby kontemplował. I to właśnie teraz tajemnica stawała się największym z sekretów. Nie w momencie snu, gdy dominowały miraże obrazów i słów, których po przebudzeniu nawet nie pamiętamy, a teraz - gdy umysł pracował sprawnie i jego kwintesencję wolno nam było wyciągnąć na zewnątrz. Laurent nie mógł tego zrobić. Mógł być tylko koneserem pięknych widoków i doceniać sztukę w każdym jej wydaniu. Tak i w ludzkim ciele, co pokochało niedoskonałości. Tak pracowała wyobraźnia - na polu tego, co mogłoby być, a czego nie było. Polu domysłów. Wyobrażał sobie, że jednak poranki Flynna są leniwe - nie były. Więc teraz pytał, czy zawsze były takie, jak ten dzisiaj. Szybkie, orzeźwiające od razu, mierzące się z zimnem, by od razu się dobudzić. I jeśli spał do tak późna, to czy zawsze też do późna siedział? Pewnie musi się wybiegać... Jak pies. Zerknął na Dumę - oto miał w końcu idealnego kandydata do wyprowadzania tego psa. Mógłby robić zakłady z Alexandrem, który z nich pierwszy się zmęczy. Duma jakby podłapał tę myśl, bo przechylił łeb na bok z ciekawskim spojrzeniem. Ale to pewnie było kolejne dopowiedzenie wyobraźni.
- Szkoda? - Powtórzył słowo w formie pytania bez mniejszego zrozumienia. Szkoda... szkoda co? Szkoda czego? Że musiał wyjść? Że wieczorem? Że pogoda pływaniu nie sprzyja? - Możemy popływać, tylko nie chcę, żebyś dostał zapalenia płuc... - Powiedział to bardziej ostrożnie. Bał się tego, że Flynnowi stanie się krzywda tylko dlatego, że Laurenta mróz wody nie ruszał. Uwielbiał ciepło, ale zimna toń morza była inna. Była... domem. - Och, nie wyganiam cię. Wrócę. - To powiedział już całkowicie pewnie, z uśmiechem przywdzianym na twarz. Tylko że... wyczuł, że coś jest nie tak. Co? Łatwo zalać smołą nawet najpiękniejszą konstrukcję, zabetonować najcudowniejszą architekturę. Tak samo łatwo było zaprosić myśli Laurenta do galopu i przyczepić do nich całe tabuny wątpliwości.
Kiedy ich nogi się spotkały to nawet przysunął się do niego bliżej. Odłożył tę filiżankę - zamiast tego dłoń oparł na jego plecach i przesunął nią do karku. Nie uroiłem sobie niczego, prawda?
- Co się stało, Crow? - Odsunął nawet swój talerz, żeby móc się podeprzeć drugą ręką blatu i odszukać spojrzenia czarnowłosego - choć nienachalnie. Przyswoił sobie myśl, że Flynn nie zawsze chciał konfrontować spojrzenia, więc gotów był się obrócić z powrotem do stołu.