17.12.2024, 21:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 20:13 przez Samuel McGonagall.)
Samuel dusił w sobie wzruszenie, oddychał głęboko i nie dawał porwać się emocjom ze stoickim spokojem, choć w nosie ewidentnie go zakręciło od łze skrzących się na dni oka.
Był jednak twardy - nawet nie ze względu na swoją płeć, ale przez wzgląd na bezpieczeństwo obu ukochanych przez niego osób. Pytanie Mabel było też jego własnym i każde jedno słowo wypowiedziane przez Norę przynosiło nic jak ulgę. Wielką ulgę.
Może o tym rozmawiali wcześniej, ale rzeczy działy się tak szybko...
Tak wspaniale szybko.
Wraz z odpowiedzią jasnowłosej cukierniczki, wyciągnął do nich swoje patykowate ramiona i objął je - nieco niezręcznie, nieco krzywo gdy tak siedzieli na łóżku. Nie przeszkadzalo mu to przyciągnąć je do siebie kryjąc twarz w ich jasnych jak len włosach pachnących cukrem i kwiatami.
- Jesteśmy rodziną...- wyszeptał, czując jak serce mu wali, głośno i pewnie, a potem głośno, bardzo głośno smarknął, i nie czekając dłużej, zabrał jedną rękę sięgnął do kieszeni po różdżkę, szybko szybko, bo wzruszeń jednak było za dużo, bo emocje zaraz rozsadziłyby to miejsce nie tylko w sposób metaforyczny.
Chwycił za różdżkę i...
Łóżko trzasnęło, drewno nie dźwignęło niedźwiedziego zadka. Miał być krogulec, ale... tak bardzo chciał je dalej tulić, a nie tylko skrzydełkami machać i łepek przekrzywiać. Nie przewidział tylko, że ponad pół tony żywej wagi to może być za dużo dla wątłych nóżek dziewczęcego legowiska.
- Ughhhaaauuu.... - z niedźwiedziego gardła zabrzmiało przepraszająco, gdy uniósł wielkie owłosione łapska i zaczął oglądać się za siebie na swój zad by ocenić szkody. Zaraz potem jednak parsknął przez niedźwiedzie chrapy i... wrócił do przytulania dzieczyn, które siłą grawitacji i tak lądowały w niedźwiedzim futrze.
Był jednak twardy - nawet nie ze względu na swoją płeć, ale przez wzgląd na bezpieczeństwo obu ukochanych przez niego osób. Pytanie Mabel było też jego własnym i każde jedno słowo wypowiedziane przez Norę przynosiło nic jak ulgę. Wielką ulgę.
Może o tym rozmawiali wcześniej, ale rzeczy działy się tak szybko...
Tak wspaniale szybko.
Wraz z odpowiedzią jasnowłosej cukierniczki, wyciągnął do nich swoje patykowate ramiona i objął je - nieco niezręcznie, nieco krzywo gdy tak siedzieli na łóżku. Nie przeszkadzalo mu to przyciągnąć je do siebie kryjąc twarz w ich jasnych jak len włosach pachnących cukrem i kwiatami.
- Jesteśmy rodziną...- wyszeptał, czując jak serce mu wali, głośno i pewnie, a potem głośno, bardzo głośno smarknął, i nie czekając dłużej, zabrał jedną rękę sięgnął do kieszeni po różdżkę, szybko szybko, bo wzruszeń jednak było za dużo, bo emocje zaraz rozsadziłyby to miejsce nie tylko w sposób metaforyczny.
Chwycił za różdżkę i...
Łóżko trzasnęło, drewno nie dźwignęło niedźwiedziego zadka. Miał być krogulec, ale... tak bardzo chciał je dalej tulić, a nie tylko skrzydełkami machać i łepek przekrzywiać. Nie przewidział tylko, że ponad pół tony żywej wagi to może być za dużo dla wątłych nóżek dziewczęcego legowiska.
- Ughhhaaauuu.... - z niedźwiedziego gardła zabrzmiało przepraszająco, gdy uniósł wielkie owłosione łapska i zaczął oglądać się za siebie na swój zad by ocenić szkody. Zaraz potem jednak parsknął przez niedźwiedzie chrapy i... wrócił do przytulania dzieczyn, które siłą grawitacji i tak lądowały w niedźwiedzim futrze.
Koniec sesji