18.12.2024, 00:39 ✶
Zazdrość rozchodziła się po jego ciele jak trucizna. Trochę się już do tego przyzwyczaił - do odrzucenia, do bycia wykluczanym z rzeczy, których do końca nie rozumiał i czasami nawet nie chciał rozumieć. Też robił to innym. Mówił o potrzebie wyjścia gdzieś, ale nie zdradzał szczegółów. Wszystkiego trzeba było się domyślać, albo zaakceptować niewiedzę, tylko ciężko było ją zaakceptować kiedy tak dużo się o wszystkim myślało.
Za dużo.
Kiedy Laurent powiedział, że wcale nie musiał stąd sobie iść, a on głupi zrozumiał, jak bardzo się mylił, ta trucizna zaczęła się stopniowo rozrzedzać, ale obawy nie opuściły jego ciała całkowicie. Opuścił głowę, dając się objąć i przedłużał ciszę ze swojej strony. Jeden z tych momentów, kiedy we łbie ci kipi, a ty nie wiesz do końca czemu twoja głowa musi interpretować każdy gest jak jakiś wyrok. Jak miał się nie czuć durniem i mieć wreszcie nieco wyższą samoocenę, skoro podkopywał samego siebie coraz głębiej? Niektóre słowa utykały w nim jak ciernie, a później pojawiał się ten chłopak z ręką owiniętą wokół jego karku i na tych cierniach wyrastały pąki róż - pięknych i jasnych niczym wiosenny dzień. Przysłaniały prawdę, ale pozostawiały wstyd.
Wystawiony na cudze spojrzenie przybrał wyraz twarzy wskazujący na dziecięce zakłopotanie. Nie chłopięce - dziewczęce. Wykrzywiając usta, nadął lekko poliki i zdał sobie sprawę z braku siły do powiedzenia prawdy. Tak po prostu przyznać się do tego jak łatwo przychodziło mu poczuć się wykluczonym lub niechcianym, chociaż nie zadawał żadnych pytań i pojawiał się w czymś życiu tak nagle? Jak z tym w ogóle walczyć? Logicznym stawała się prędkość, z jaką zagarniał innych dla siebie. Ten chłopak się już od niego nie opędzi.
- Co się stało? - Wypuścił z siebie powietrze tak, jakby miał się zaraz zaśmiać, ale to się nie stało. - Nic. Wsio i jeszcze trochę. Tylko i aż się zakochałem. - I to w kim. Wyobraź sobie człowieku najpiękniejszą, najbardziej nieosiągalną osobę na świecie. Taką, za którą każdy odwraca głowę, niezależnie od płci, statusu związku, preferencji... Piękno przyciągające wzrok jak zorza polarna. - Taka to jest sytuacja. - I radził sobie z nią zapewne tak samo jak większość świata i jego konkurentów: źle.
Ujął jego twarz dłonią. Nie po to, aby ją przesunąć, lecz by otulić ją delikatnym dotykiem szorstkich palców.
- Możesz powiedzieć, że unikam tematu, ale chyba właśnie powiedziałem ci wszystko.
Za dużo.
Kiedy Laurent powiedział, że wcale nie musiał stąd sobie iść, a on głupi zrozumiał, jak bardzo się mylił, ta trucizna zaczęła się stopniowo rozrzedzać, ale obawy nie opuściły jego ciała całkowicie. Opuścił głowę, dając się objąć i przedłużał ciszę ze swojej strony. Jeden z tych momentów, kiedy we łbie ci kipi, a ty nie wiesz do końca czemu twoja głowa musi interpretować każdy gest jak jakiś wyrok. Jak miał się nie czuć durniem i mieć wreszcie nieco wyższą samoocenę, skoro podkopywał samego siebie coraz głębiej? Niektóre słowa utykały w nim jak ciernie, a później pojawiał się ten chłopak z ręką owiniętą wokół jego karku i na tych cierniach wyrastały pąki róż - pięknych i jasnych niczym wiosenny dzień. Przysłaniały prawdę, ale pozostawiały wstyd.
Wystawiony na cudze spojrzenie przybrał wyraz twarzy wskazujący na dziecięce zakłopotanie. Nie chłopięce - dziewczęce. Wykrzywiając usta, nadął lekko poliki i zdał sobie sprawę z braku siły do powiedzenia prawdy. Tak po prostu przyznać się do tego jak łatwo przychodziło mu poczuć się wykluczonym lub niechcianym, chociaż nie zadawał żadnych pytań i pojawiał się w czymś życiu tak nagle? Jak z tym w ogóle walczyć? Logicznym stawała się prędkość, z jaką zagarniał innych dla siebie. Ten chłopak się już od niego nie opędzi.
- Co się stało? - Wypuścił z siebie powietrze tak, jakby miał się zaraz zaśmiać, ale to się nie stało. - Nic. Wsio i jeszcze trochę. Tylko i aż się zakochałem. - I to w kim. Wyobraź sobie człowieku najpiękniejszą, najbardziej nieosiągalną osobę na świecie. Taką, za którą każdy odwraca głowę, niezależnie od płci, statusu związku, preferencji... Piękno przyciągające wzrok jak zorza polarna. - Taka to jest sytuacja. - I radził sobie z nią zapewne tak samo jak większość świata i jego konkurentów: źle.
Ujął jego twarz dłonią. Nie po to, aby ją przesunąć, lecz by otulić ją delikatnym dotykiem szorstkich palców.
- Możesz powiedzieć, że unikam tematu, ale chyba właśnie powiedziałem ci wszystko.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.