25.01.2023, 18:28 ✶
Świadomość, że świat powoli przejmowany jest przez zwierzątka domowe o nieprawdopodobnych magicznych mocach, była bardzo ciążąca, jednakże była niczym w porównaniu do spotkania jednego ze spiskowców twarzą w pyszczek. Theodore czytał bardzo dużo o spisku, ale nawet to nie przygotowało go na zetknięcie się z członkiem tajnej, międzynarodowej (i prawdopodobnie międzygwiezdnej) organizacji animagów pragnących przejąć kontrolę nad światem.
Bo to, że kot nie był żadną cząstką czyjeś duszy, dla Lovegooda było oczywiste. Coś takiego powiedziałby każdy spiskowiec chcący nie wzbudzać podejrzeń. Jakiś przeciętny czarodziej może by się na to nabrał, ale on nie kupił tej historyjki nawet na moment, był na to zbyt czujny i zbyt bystry.
Nie poruszył się ani o jotę. Ani o minimetr. Musiał zachować spokój i rozsądek, by wyjść z kawiarni w jednym kawałku. Obserwował kota, nie słuchając połowy z tego, co miał do powiedzenia, skamieniały ze strachu o swoje życie. Starał się nie zerkać na malinowego pączka, który swoim pysznym wyglądem zdawał się do niego uśmiechać. Prezentował wprost wspaniale, ale Theo wiedział, że nie mógł go zjeść. Kto wie, może był zatruty? Albo po zjedzeniu go utraciłby kontrolę nad swoim umysłem? Ze spiskowcami wszystko było możliwe. Nikt nie był pewien, jaki mieli plan, ale wiadomo było, że był on na pewno straszny.
Walczył ze swoim instynktem nakazującym rzucić się do wyjścia i uciec jak najdalej się dało. Z jednej strony było to najrozsądniejsze rozwiązanie, ale z drugiej miał okazję na rozmowę z jednym z nich. Nie wiedział, kiedy będzie miał podobną okazję. Była to szansa, by dowiedzieć się czegoś o spisku.
- Jesteś jednym z NICH? - spytał i wykonał głęboki oddech, jakby powiedzenie tych kilku słów było olbrzymim wysiłkiem. Ostatnie słowo powiedział cicho, z namaszczeniem, jakby nie było przeznaczone do uszu każdego: głupio było tak na cały głos mówić o tajnym spisku powoli przejmującym kontrolę nad magicznym społeczeństwem. To, co dokładnie miał na myśli, chłopak nie wytłumaczył. Był przekonany, że kot doskonale wiedział, o co chodziło w tym pytaniu.
- Theodore – przedstawił się z kamienną twarzą, uznając, że by przekonać kocura do rozmowy powinien jeszcze przez moment udawać, że wszystko jest w normie. Dlatego też się poruszył. Jego ręka bardzo powoli, jakby był trzymany przez rozmówcę na muszce, powędrowała do kieszeni. Wyciągnął z niej monety, po czym bardzo ostrożnie wykonał krok do przodu. Odłożył na ladzie ustaloną kwotę, jednocześnie z nerwów upuszczając na podłogę jednego sykla. Nie było mowy o podniesieniu go, nie chciał odwracać wzroku od potencjalnego zagrożenia. Również nie miał zamiaru sięgać po cappuccino, które stało zdecydowanie zbyt blisko kota.
Bo to, że kot nie był żadną cząstką czyjeś duszy, dla Lovegooda było oczywiste. Coś takiego powiedziałby każdy spiskowiec chcący nie wzbudzać podejrzeń. Jakiś przeciętny czarodziej może by się na to nabrał, ale on nie kupił tej historyjki nawet na moment, był na to zbyt czujny i zbyt bystry.
Nie poruszył się ani o jotę. Ani o minimetr. Musiał zachować spokój i rozsądek, by wyjść z kawiarni w jednym kawałku. Obserwował kota, nie słuchając połowy z tego, co miał do powiedzenia, skamieniały ze strachu o swoje życie. Starał się nie zerkać na malinowego pączka, który swoim pysznym wyglądem zdawał się do niego uśmiechać. Prezentował wprost wspaniale, ale Theo wiedział, że nie mógł go zjeść. Kto wie, może był zatruty? Albo po zjedzeniu go utraciłby kontrolę nad swoim umysłem? Ze spiskowcami wszystko było możliwe. Nikt nie był pewien, jaki mieli plan, ale wiadomo było, że był on na pewno straszny.
Walczył ze swoim instynktem nakazującym rzucić się do wyjścia i uciec jak najdalej się dało. Z jednej strony było to najrozsądniejsze rozwiązanie, ale z drugiej miał okazję na rozmowę z jednym z nich. Nie wiedział, kiedy będzie miał podobną okazję. Była to szansa, by dowiedzieć się czegoś o spisku.
- Jesteś jednym z NICH? - spytał i wykonał głęboki oddech, jakby powiedzenie tych kilku słów było olbrzymim wysiłkiem. Ostatnie słowo powiedział cicho, z namaszczeniem, jakby nie było przeznaczone do uszu każdego: głupio było tak na cały głos mówić o tajnym spisku powoli przejmującym kontrolę nad magicznym społeczeństwem. To, co dokładnie miał na myśli, chłopak nie wytłumaczył. Był przekonany, że kot doskonale wiedział, o co chodziło w tym pytaniu.
- Theodore – przedstawił się z kamienną twarzą, uznając, że by przekonać kocura do rozmowy powinien jeszcze przez moment udawać, że wszystko jest w normie. Dlatego też się poruszył. Jego ręka bardzo powoli, jakby był trzymany przez rozmówcę na muszce, powędrowała do kieszeni. Wyciągnął z niej monety, po czym bardzo ostrożnie wykonał krok do przodu. Odłożył na ladzie ustaloną kwotę, jednocześnie z nerwów upuszczając na podłogę jednego sykla. Nie było mowy o podniesieniu go, nie chciał odwracać wzroku od potencjalnego zagrożenia. Również nie miał zamiaru sięgać po cappuccino, które stało zdecydowanie zbyt blisko kota.