18.12.2024, 20:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 20:32 przez Millie Moody.)
Wrażenie było oszałamiające. Cudowne. Wspaniałe. Doskonałe. Jakże Millie się cieszyła, że odebrała kilka solidnych lekcji ze swoją kuzynką Rózią jak należy się całować, bo teraz czuła że drobne usteczka Eden nie są gryzione, czy szarżowane z zębami. Ćwiczyła na brzoskwiniach, ćwiczyła na wnętrzu własnego przedramienia i proszę - potrafiła zrobić tak, żeby zobaczyć gwiazdy odbijające się w lśniących oczach jasnowłosej, która sama teraz jawiła się jej jako jedna z gwiazd. Wiadomo, że dla niej - zwykłej śmiertelniczki, szczura o nazwisku sugerującym brak jakiegokolwiek stałego lokum - nie było miejsca na szczęśliwe zakończenie z prawdziwą gwiazdą. Ostatecznie były i tak dziewczynami, a dla dziewczyny wiadomo prędzej czy później powinien pojawić się temat męża i prowadzenia rodziny. To znaczy ona nie zamierzała mieć jednego, ani drugiego, ale wiedziała, że ktoś kto ma na nazwisko tak, a nie inaczej, prędzej czy później zostanie wystawiony na rynku, jak klacz.
Ale teraz, och teraz nie było dorosłych, którzy staliby im na głowami, dorosłych, którzy darliby włosy z głowy zaklinając szaleństwo, które kotłowało się w czerni i bieli, dwóch krukach tak odmiennych, tak podobnych, tak samotnych, tak zafascynowanych sobą na wzajem.
– Najważniejsze, żebyś Ty uwierzyła... żebyś wiedziała, że to nie jest sen... – wychrypiała jej, przytłoczona własnym rodzącym się w trzewiach pożądaniem. To było dziwne uczucie, nieznane uczucie, straszne w swojej naturze, zaciskające mocno kolana do siebie w pragnieniu zakazanego dotyku. Nie myślała o tym jednak za bardzo, bo myśleć mogła tylko o jej rajskiej miękkości, o wargach takich samych jak jej - pozbawionej szorstkości, wysyconych słodyczą drżenia wrześniowej nocy.
Pocałunek był tym co chciała wziąć, jabłkiem którego chciała zasmakować w absolutnym zapomnieniu o tym, co jest dobre a co złe. Pchnęła ją lekko na trawę tylko po to, by zgarnąć jej szczupłą kibić na samą siebie, oddać się zapomnieniu pod namiotem jej rozpuszczonych lśniących włosów.
– Lśnisz – wyszeptała łapiąc z trudem oddech, żałując, że nie może oddychać swoją... koleżanką? porwaną? swoją gwiazdą, którą ukradła na moment by sparzyć się o jej żarzące się wciąż tkanki? Żałując, że nie może stopić się z nią w jedno, nie mając doświadczenia i wyobraźni jak miałoby to w ogóle wyglądać. Ta wiedza miała przyjść dopiero z czasem. Na razie wystarczyło to, chłód ziemi i obejmowany płomień drugiej osoby infekującej ją spokojem, gdy ona mogła i chciała infekować ją swoim chaosem.
Świat wirował, niebo milcząco przyglądało się tej dwójce i nic nie było takie samo, gdy ich nogi znów stanęły na kamiennej podłodze astronomicznej wierzy.
Obie wygrały to starcie. Obie przegrały wojnę.
Teraz to nie było miejsce jednej, czy drugiej.
Teraz to miejsce było ich.
Ale teraz, och teraz nie było dorosłych, którzy staliby im na głowami, dorosłych, którzy darliby włosy z głowy zaklinając szaleństwo, które kotłowało się w czerni i bieli, dwóch krukach tak odmiennych, tak podobnych, tak samotnych, tak zafascynowanych sobą na wzajem.
– Najważniejsze, żebyś Ty uwierzyła... żebyś wiedziała, że to nie jest sen... – wychrypiała jej, przytłoczona własnym rodzącym się w trzewiach pożądaniem. To było dziwne uczucie, nieznane uczucie, straszne w swojej naturze, zaciskające mocno kolana do siebie w pragnieniu zakazanego dotyku. Nie myślała o tym jednak za bardzo, bo myśleć mogła tylko o jej rajskiej miękkości, o wargach takich samych jak jej - pozbawionej szorstkości, wysyconych słodyczą drżenia wrześniowej nocy.
Pocałunek był tym co chciała wziąć, jabłkiem którego chciała zasmakować w absolutnym zapomnieniu o tym, co jest dobre a co złe. Pchnęła ją lekko na trawę tylko po to, by zgarnąć jej szczupłą kibić na samą siebie, oddać się zapomnieniu pod namiotem jej rozpuszczonych lśniących włosów.
– Lśnisz – wyszeptała łapiąc z trudem oddech, żałując, że nie może oddychać swoją... koleżanką? porwaną? swoją gwiazdą, którą ukradła na moment by sparzyć się o jej żarzące się wciąż tkanki? Żałując, że nie może stopić się z nią w jedno, nie mając doświadczenia i wyobraźni jak miałoby to w ogóle wyglądać. Ta wiedza miała przyjść dopiero z czasem. Na razie wystarczyło to, chłód ziemi i obejmowany płomień drugiej osoby infekującej ją spokojem, gdy ona mogła i chciała infekować ją swoim chaosem.
Świat wirował, niebo milcząco przyglądało się tej dwójce i nic nie było takie samo, gdy ich nogi znów stanęły na kamiennej podłodze astronomicznej wierzy.
Obie wygrały to starcie. Obie przegrały wojnę.
Teraz to nie było miejsce jednej, czy drugiej.
Teraz to miejsce było ich.
Koniec sesji