Stanley nie reagował. Wszelkie kasłanie, kręcenie głową czy jakikolwiek inny znak, który świadczył, że dalej żyje, informował o jednym - Lorraine żyła i nie potrzebowała żadnej pomocy w tej chwili. Borgin nie podał jej też żadnej trucizny, która wymagałaby specjalistycznej opieki zdrowotnej. Nic z tych rzeczy. Gdyby jednak ktoś miał dosypać jakiegoś środku, który swoim działaniem miałby położyć kogoś do wiecznego snu, Stanley już dawno leżałby jak długi, wszak to on pierwszy spożył całą zawartość szklanki.
Jak mógł być jednym z nich? To było prostsze, niż jej się mogło wydawać. Wystarczyła odpowiednia indoktrynacja, nastawienie rodziny czy głoszone oraz wspierane idee. Tak właśnie czynili Borgini. Tak też czynili Mulciberowie. Kim był Stanley? Najgorszą możliwą kombinacją, bo zarówno Borginem jak i Mulciberem. Nie mógł gorzej trafić na loterii genów, ideologii i zachowań. On był stracony od dziecka, chociaż jeszcze nie wiedział jak bardzo był obciążony genetycznie pod tym względem. Całkowite oddanie sprawie? Chęć oddania życia w walce za ideały w które się wierzyło? Brzmiało dokładnie jak to, w co wierzył właśnie on. To był jednak tylko wierzchołek góry lodowej, która wyłaniała się na horyzoncie, a Stanley nie wiedział o zderzeniu jakie musiały nastąpić któregoś dnia. Nie szło tego nie uniknąć. Nie miał prawa tego uniknąć.
- Nie, Lorraine. To nie są żadni wygnani poeci. Nie są nawet zagubieni poeci... - odparł na jej słowa, chcąc wyprowadzić jej z błędu. Śmierciożercy nie byli żadną uciemiężoną grupą, która walczyła o niepodległość i własne jestestwo. To już nawet nie była walka ideologiczna czy o własne przekonania. To już była wojna totalna - nie brali jeńców, łamali wszelkie traktaty i postanowienia. Nie mieli oporów. Nie mieli litości. Byli niczym zaślepione maszyny, które czekały na rozkaz, a gdy otrzymały jeden, egzekwowały go jakby nie było niczego innego - prawdziego ja, które kryło się za maską. Podobnie zresztą miał Stanley, który mógłby mieć opory do tego, aby wykonać pewne rzeczy - rozkazy. Co innego Vulturis - alter ego, które było skryte za maską. On nie miał żadnych skrupułów. Nie pytał, nie dyskutował. Po prostu robił to, co od niego oczekiwano. Niesubordynacja była bardzo ciężko kara wśród wszystkich armii świata...
- Pewnie dlatego, że żadni z nas literaci, pisarze, poeci. To już nawet nie jest walka o ideę. O słuszność własnego słowa... - pokręcił przecząco głową - To już wojna o przetrwanie. O to, aby być. Żyć dzień dłużej, a może nawet dwa jeżeli los pozwoli - wzruszył ramionami - Cóż mam Ci więcej powiedzieć Lorraine? Rok temu może i jeszcze były to tylko niecne plany. Dzisiaj niestety nie. To nasza nowa rzeczywistość - westchnął ciężko, nabierając powietrza do płuc.
Stanley był zaskakująco spokojny w tym co mówił. Trochę jakby pogodził się z losem, jakby zdawał sobie sprawę, że taki czeka go los - jakby miał tylko dwie drogi. Pierwsza, która tyczyła się większości i kończyła się nieuniknionym, co było również zwane śmiercią. Druga zaś była niewinną igraszką, która kończyła się jednak zwycięstwem - przeżyciem w tej czy innej formie, bo jednak dożywocie w Azkabanie zaliczało się jako pozytywny werdykt w zaistniałej sytuacji.
Co innego miał zrobić? Miał paść na kolana i płakać? Łkać jak małe dziecko? Mleko było już rozlane i na łzy było zbyt późno. Sama stwierdziłaś, że jesteśmy ponad to... przypominał sobie słowa Lorraine.
Pytanie tylko czy Stanley był skłonny do jakichś większych uczuć? Czy potrafił patrzeć na tą sprawę przez inny pryzmat? Czy był w stanie spojrzeć z perspektywy trzeciej osoby, aby uzyskać lepszy widok? Czy te nie zostały zaćmione przez mroczne myśli, które dopadały go w ciągu dnia? To było tak wiele pytań, a zarazem cisnęło się jeszcze więcej. Malfoyówna nie była zapewne jedyną, która mogła się tym trudzić. On sam - Borgin - momentami popadał w taki stan, który był szybko przepędzany, oddalany na dalszy plan. Zostawał uciszony.
- Może tak by było prościej? - zasugerował niejako, skupiając się na jej twarzy. Słowa wybrzmiało szorstko i bez większej nadziei. Jakby wydanie go było jednym z nielicznych rozwiązań tej sytuacji. Problemu, który uparcie próbował rozwiązać na własną rękę. Problemu, który momentami go przerastał. I co gorsza problemu, który go paraliżował, bo nie potrafił dostrzec dłoni, a te były wyciągane w jego kierunku. Stanley niestety był w większości indywidualistą, który miał tendencję do brania zbyt wielu rzeczy na swoje barki. To była jego wada.
Słuchał dalej swojej przyjaciółki, podszedł w kierunku biblioteczki i zaczął czegoś szukać. Całe pomieszczenie było wypełnione wszelkiej maści książkami. Ciężko było wyszczególnić jeden gatunek, wszak zaczynały się na jakichś podręcznikach, przechodząc przez najprostsze księgi, a na biografiach czy reportażach kończąc.
Sam Stanley jeździł palcami po okładkach, usiłując coś odnaleźć. Jeden tomik, który potrzebował wyjąc i przytoczyć jego treść. Coś, co według niego tutaj pasowało i coś, co powinno zostać wypowiedziane. Tu i teraz.
- Nie mogę Ci obiecać, że nie będę mówić jak Atreus. Przyjaźnimy się całe życie. Znamy jeszcze dłużej - przypomniał jej o relacji jaka łączyła Bulstrode'a z Borginem - Pewne rzeczy nauczyliśmy się wzajemnie. Inne od siebie ściągnęliśmy. Nie mam wpływu na to jak będę mówił i czy Atreus mówi tak samo... - zatrzymał palec na opasłym tomie, skupiając swoją uwagę na jego tytule - Może to jednak dobry znak, że mówimy tak samo w pewnych kwestiach? Może jest to dowód, że nasza przyjaźń to coś więcej, niż założenia i stos obietnic bez pokrycia? A może po prostu mamy podobny ogląd na pewne sprawy i nasze problemy... - wyjął książkę, odwracając się w kierunku swojej przyjaciółki - To nasze problemy? - zasugerował niejako, kartkując dzieło sztuki jakie właśnie dzierżył w swych dłoniach. Księga nie posiadała tytułu, a nawet jeżeli tak, ten nie był widoczny po wielu latach użytkowania. Jej stan zewnętrzny sugerował zresztą, że musiała przejść bardzo dużo.
- Bo dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest świetę, jak dzieło tworzenia: Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze... - zamknął księgę, odkładając ją na bok. Podniósł swój wzrok na Lorraine, dając jej ponownie pełnię swojej uwagi - Czy nie każdemu będzie dane przeżyć tego na własnej skórze, aby móc wyciągnąć własne wnioski z tego? - zapytał, nie oczekując jednak odpowiedzi. To nie było też tak, że nie dawał jej pola do interpretacji czy odniesienia się. Nic z tych rzeczy, wszak miała do tego pełnię praw. Kim w końcu był Borgin, aby jej zaprzeczyć?
- Ja... - przejechał po swojej już lekko zmęczonej twarzy, zatrzymując się na kilka chwil na wysokości oczu, tak jakby chciał im dać moment odpoczynku. Jakby chciał im zafundować całkowitą ciemność - Wojna to coś więcej, niż jedną bitwa czy nawet dwie. To seria potyczek. To gra, którą się toczy dniami... tygodniami... miesiącami... - zastukał melodycznie w jedną z szafek - Czasami całą wieczność - zauważył - Dlatego ja, po prostu na razie będę obserwował. Spoglądał na to, aby ustalić ile mogę sobie pozwolić. Na co mogę sobie pozwolić. Aby nie zapomnieć docenić wroga, który nie jest byle zajączkiem w lesie. To jest niczym walka myśliwych, którzy próbują siebie wyeliminować... - stwierdził, sięgając po paczkę papierosów z szafki. Tych zaś było pełno w całym pomieszczeniu i zapewne były jeszcze poukrywane w jakichś innych zakamarkach - Tylko ich jest całe stado i to jest ta różnica - dodał - Czy to Cię bardziej satysfakcjonuje? - zapytał, unosząc swoją prawą brew do góry.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972