20.12.2024, 16:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.12.2024, 16:33 przez Brenna Longbottom.)
– Morpheusie, zniszczyłam zmieniacz, ledwo wzięłam go w dłonie. Myślę, że jestem beznadziejną podróżniczką w czasie – stwierdziła Brenna, spoglądając przez okno na sad, choć myślami była w tej chwili przy Kniei, od której oddzielał ich mur otaczający posiadłość i jeszcze (na ich szczęście) całkiem spory fragment otwartej przestrzeni.
Wiedziała, oczywiście, że zmieniacz nie przetrzyma, gdy usłyszała, że ma cofnąć się o trzy dni, zdając sobie sprawę z tego, że zmieniacze Slughornów miały limit jednej doby, ale to nie zmieniało faktu. Nie wspominając już o tym, że musiała popsuć coś jeszcze – wciąż wierzyła, że to przez zmieniacz trafiła na parę godzin do dziwnego, innego świata, gdzie wszystko było podobne, ale odmienne, i z którego nie była pewna, czy się kiedykolwiek wydostanie.
- Tu nie chodzi o to, że jest nie tak - powiedziała Brenna, zwracając na moment spojrzenie na wuja. - Victoria po prostu nigdy nie była promugolska, za to zawsze była bardzo oddana rodzinie, a Lestrangowie raczej nie są zbyt dobrze nastawieni do osób półkrwi. Zależy albo zależało jej na Rookwoodzie, a jego krewni... Chester czy Augustus.... – Dalej miała ochotę połamać nos Augustusa za to, o czym opowiedziała jej Avelina. Był podwójnym draniem, nawet nie ze względu na poglądy, a na to, jakim był człowiekiem. - Ta rodzina chyba też ma dość konserwatywne poglądy, nawet jeżeli on sam nie. Nie wierzę, że Victoria współpracuje z Voldemortem, ale też nie umiem uwierzyć, że nie pomogłaby komuś bliskiemu, gdyby ta osoba okazała się śmierciożercą. I przede wszystkim nie sądzę, że chciałaby ot tak wypełniać rozkazy kogokolwiek od nas. Sama nie popieram tu ryzyka, bo jeden fałszywy ruch, i wszyscy jesteśmy martwi, ale być może inni zdecydują, że jest warte tego, co można zyskać.
Ona sama wepchnęłaby do Azkabanu własnego brata, gdyby dowiedziała się, że na jego ręku znajdował się mroczny znak, oczywiście po upewnieniu się, że przypadkiem ktoś nie namalował mu go henną, kiedy zasnął. Mogła poświęcić życie dla swoich bliskich, mogła przymykać oka na wiele spraw, mogła wręcz kryć działania uznawane za przestępcze – ale nie mogłaby im wybaczyć udziału w rzeczach takich jak Beltane. W rzeczach, które doprowadziły do śmierci Derwina, do pojawienia widm, mordujących jej sąsiadów, do tego, że mały chłopiec zginął w Kniei, a ona musiała uświadomić jego duchowi, że nie żyje, że pora iść na drugą stronę.
Wiedziała, że niewiele osób zrobiłoby to samo, że nie było powodów, aby ktoś był ot tak lojalny wobec wszystkich członków Zakonu, ale właśnie dlatego uważała, że Zakon powinien być ostrożny przy przyjmowaniu nowych osób. Mogła jednak nie mieć tutaj racji: nigdy nie była nieomylna.
– Nie powinieneś mnie za to przepraszać. I to coś, z czym mierzymy się wszyscy – odparła po prostu, kręcąc lekko głową. Niepewność, komu można ufać, i świadomość, że niektórzy mogą stać się wrogami, była czymś, co stało się elementem codzienności chyba każdego, kto pracował w Ministerstwie albo miał coś wspólnego z tym konfliktem. Nawet jeżeli próbował pozostać z boku albo wręcz popierał tę drugą stronę.
Uśmiechnęła się tylko lekko na jego słowa o egoizmie. Morpheus do pewnego stopnia trafił: nie miało upłynąć wiele czasu, by w punkcie, do którego doprowadziła ją egoistyczna decyzja, roześmiała się pustym śmiechem na wspomnienie tej wróżby, i słów o głupcu, który musi odejść. Ale na razie nie umiała jeszcze znaleźć w tym symbolu wiele sensu. To nie tak, że nie wierzyła zupełnie we wróżby – wierzyła choćby, że jesienią nadejdzie ogień, bo on go zapowiedział. Ale chyba uważała, że wróżby to tylko cień przyszłości, a przynajmniej takie jak ta. Niewiele mówiły, dopóki nie było już za późno.
– Z Quintessą już wszystko w porządku?
Wiedziała, oczywiście, że zmieniacz nie przetrzyma, gdy usłyszała, że ma cofnąć się o trzy dni, zdając sobie sprawę z tego, że zmieniacze Slughornów miały limit jednej doby, ale to nie zmieniało faktu. Nie wspominając już o tym, że musiała popsuć coś jeszcze – wciąż wierzyła, że to przez zmieniacz trafiła na parę godzin do dziwnego, innego świata, gdzie wszystko było podobne, ale odmienne, i z którego nie była pewna, czy się kiedykolwiek wydostanie.
- Tu nie chodzi o to, że jest nie tak - powiedziała Brenna, zwracając na moment spojrzenie na wuja. - Victoria po prostu nigdy nie była promugolska, za to zawsze była bardzo oddana rodzinie, a Lestrangowie raczej nie są zbyt dobrze nastawieni do osób półkrwi. Zależy albo zależało jej na Rookwoodzie, a jego krewni... Chester czy Augustus.... – Dalej miała ochotę połamać nos Augustusa za to, o czym opowiedziała jej Avelina. Był podwójnym draniem, nawet nie ze względu na poglądy, a na to, jakim był człowiekiem. - Ta rodzina chyba też ma dość konserwatywne poglądy, nawet jeżeli on sam nie. Nie wierzę, że Victoria współpracuje z Voldemortem, ale też nie umiem uwierzyć, że nie pomogłaby komuś bliskiemu, gdyby ta osoba okazała się śmierciożercą. I przede wszystkim nie sądzę, że chciałaby ot tak wypełniać rozkazy kogokolwiek od nas. Sama nie popieram tu ryzyka, bo jeden fałszywy ruch, i wszyscy jesteśmy martwi, ale być może inni zdecydują, że jest warte tego, co można zyskać.
Ona sama wepchnęłaby do Azkabanu własnego brata, gdyby dowiedziała się, że na jego ręku znajdował się mroczny znak, oczywiście po upewnieniu się, że przypadkiem ktoś nie namalował mu go henną, kiedy zasnął. Mogła poświęcić życie dla swoich bliskich, mogła przymykać oka na wiele spraw, mogła wręcz kryć działania uznawane za przestępcze – ale nie mogłaby im wybaczyć udziału w rzeczach takich jak Beltane. W rzeczach, które doprowadziły do śmierci Derwina, do pojawienia widm, mordujących jej sąsiadów, do tego, że mały chłopiec zginął w Kniei, a ona musiała uświadomić jego duchowi, że nie żyje, że pora iść na drugą stronę.
Wiedziała, że niewiele osób zrobiłoby to samo, że nie było powodów, aby ktoś był ot tak lojalny wobec wszystkich członków Zakonu, ale właśnie dlatego uważała, że Zakon powinien być ostrożny przy przyjmowaniu nowych osób. Mogła jednak nie mieć tutaj racji: nigdy nie była nieomylna.
– Nie powinieneś mnie za to przepraszać. I to coś, z czym mierzymy się wszyscy – odparła po prostu, kręcąc lekko głową. Niepewność, komu można ufać, i świadomość, że niektórzy mogą stać się wrogami, była czymś, co stało się elementem codzienności chyba każdego, kto pracował w Ministerstwie albo miał coś wspólnego z tym konfliktem. Nawet jeżeli próbował pozostać z boku albo wręcz popierał tę drugą stronę.
Uśmiechnęła się tylko lekko na jego słowa o egoizmie. Morpheus do pewnego stopnia trafił: nie miało upłynąć wiele czasu, by w punkcie, do którego doprowadziła ją egoistyczna decyzja, roześmiała się pustym śmiechem na wspomnienie tej wróżby, i słów o głupcu, który musi odejść. Ale na razie nie umiała jeszcze znaleźć w tym symbolu wiele sensu. To nie tak, że nie wierzyła zupełnie we wróżby – wierzyła choćby, że jesienią nadejdzie ogień, bo on go zapowiedział. Ale chyba uważała, że wróżby to tylko cień przyszłości, a przynajmniej takie jak ta. Niewiele mówiły, dopóki nie było już za późno.
– Z Quintessą już wszystko w porządku?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.