20.12.2024, 20:17 ✶
– Mogłam wcześniej zauważyć tę dziurę – wymamrotała Brenna, bo to nie tak, że nie wiedziała, że Alice wcale nie jest wydelikaconą panienką, która zacznie płakać po złamaniu sobie paznokcia. Po prostu o ile swoje obrażenia zbywały zwykle machnięciem ręki, o tyle o innych martwiła się zwykle trochę bardziej, no chyba że chodziło o Mav, Mav była twarda (nie żeby o nią nie martwiła się wcale) albo o Vinca (jeśli on zrobił sobie krzywdę, albo ona zrobiła mu krzywdę, znaczy się, że zasługiwał). A jeszcze tutaj poczuwała się do winy, że tej cholernej dziury nie zauważyła.
Ta bezczelniejsza część Brenny szeptała, że przecież mogłaby powiedzieć, że zanim dobiegłyby po kogoś dorosłego, to młodemu mogłoby się coś stać, a poza tym one nie były małymi dziećmi, i umiały patrzeć tak samo, jak ich rodzice! Ta rozsądniejsza doradzała jednak przyjąć łaskawość Jolene z uśmiechem, i się nie wykłócać, bo jakby nie było – nie zauważyła tej dziury, a poza tym po co kłócić się z panią Bletchey?
– Jasne – obiecała, uznając, że w gruncie rzeczy to lato zaraz się kończy, potem Hogwart, a potem już będzie liczyła się jako dorosła, więc mogła złożyć szczerze taką obietnicę bez specjalnego uszczerbku dla ewentualnych, przyszłych przygód. – Alice go w końcu wypatrzyła. Znaczy się jego aurę – pochwaliła jeszcze przyjaciółkę.
Sprytnie nie dodała, że w sumie to dlatego, że poślizgnęły się wracając na błocie, i tak jakoś przypadkiem spojrzenie Alice zawędrowało pewnie wtedy w górę.
– Widzenie cudzych aur jest bardziej fajne, czy bardziej męczące? Dziękuję – stwierdziła, ujmując ręcznik i starając się wytrzeć za jego pomocą na tyle, żeby jakoś za bardzo nie ociekać, choć było to przedsięwzięcie z góry skazane na niepowodzenie. Odnotowała za to sobie w myślach, że pani Bletchey na święta należy się od niej piękny komplet nowych, puchatych ręczników, bo nie była pewna, czy ten uda się jeszcze odratować.
Zrzuciła przed drzwiami tenisówki, tak zniszczone, że pewnie i tak będzie je musiała wyrzucić, by trochę zminimalizować straty, a potem przestąpiła przez próg.
Ta bezczelniejsza część Brenny szeptała, że przecież mogłaby powiedzieć, że zanim dobiegłyby po kogoś dorosłego, to młodemu mogłoby się coś stać, a poza tym one nie były małymi dziećmi, i umiały patrzeć tak samo, jak ich rodzice! Ta rozsądniejsza doradzała jednak przyjąć łaskawość Jolene z uśmiechem, i się nie wykłócać, bo jakby nie było – nie zauważyła tej dziury, a poza tym po co kłócić się z panią Bletchey?
– Jasne – obiecała, uznając, że w gruncie rzeczy to lato zaraz się kończy, potem Hogwart, a potem już będzie liczyła się jako dorosła, więc mogła złożyć szczerze taką obietnicę bez specjalnego uszczerbku dla ewentualnych, przyszłych przygód. – Alice go w końcu wypatrzyła. Znaczy się jego aurę – pochwaliła jeszcze przyjaciółkę.
Sprytnie nie dodała, że w sumie to dlatego, że poślizgnęły się wracając na błocie, i tak jakoś przypadkiem spojrzenie Alice zawędrowało pewnie wtedy w górę.
– Widzenie cudzych aur jest bardziej fajne, czy bardziej męczące? Dziękuję – stwierdziła, ujmując ręcznik i starając się wytrzeć za jego pomocą na tyle, żeby jakoś za bardzo nie ociekać, choć było to przedsięwzięcie z góry skazane na niepowodzenie. Odnotowała za to sobie w myślach, że pani Bletchey na święta należy się od niej piękny komplet nowych, puchatych ręczników, bo nie była pewna, czy ten uda się jeszcze odratować.
Zrzuciła przed drzwiami tenisówki, tak zniszczone, że pewnie i tak będzie je musiała wyrzucić, by trochę zminimalizować straty, a potem przestąpiła przez próg.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.