Tak... jakoś tak to było. Jakoś tak to było, że spał z Fontaine i spał z Victorią. Ciekawe... dałby sobie głowę uciąć, że Lestrange by się spodobała tej czarnowłosej bestii, która właśnie przesuwała palcami po jego udzie. Dałby sobie głowę uciąć, że spojrzałby na nią w taki sposób, który w ogóle by mu się nie spodobał - i byłby zazdrosny. Nie podobałoby mu się to spojrzenie, podobne do wielu, które posyłano Victorii. A Victoria nawet nie rozumiała tej zazdrości. Uważała, że nie było jej czego zazdrości - cóż, nie musiała rozumieć. Nie chciał z nią nawet o tym rozmawiać. Z nikim nie chciał rozmawiać o palącej zazdrości i poczuciu tego, jak był beznadziejnie żałosnym żebrakiem, bo nie chciał tego wypowiadać na głos. Mimo to wiele słów zdążyło się przelać między złotej i czernią. Nie było wśród nich zaprzeczenia stwierdzenia, ani jego potwierdzenia. Chyba nie chcieli sobie wyliczać wszystkich ud, które do siebie zbliżyli.
Problem jednak nie był powierzchowny - był o wiele głębszy. Wybór. Być czyimś pierwszym wyborem - co za niewygodny temat. Na tyle, że chłód wkradł się pod skórę Laurenta i nie był tak przyjemnie orzeźwiający jak pocałunek sprzed paru chwil. I po co o tym, droga Wrono, przypominasz? Jak stara drzazga, co ostała się pod skórą i nie drażni na co dzień, ale czasem, kiedy tylko odpowiednio poruszysz palcem, zaczyna boleć jak sam skurwysyn. Obrót tego koła był bardzo szybko. Bał się tego The Edge, bał się tego Laurent, bali się tego wzajemnie. Nagle mógł pomyśleć, że w sumie powinno być tak, że Crow był zazdrosny. Tak, powinien ich sobie przedstawić i... ah, w tej scenie wkurwiłby zarówno Victorię jak i Edga.
Musnął palcem dolną wargę mężczyzny, wpatrując się w krzywiznę jego nosa i to, jak te kąciki wyginają się ku górze.
Bardzo chciał odpowiedzieć "tak" na zadane pytanie, ale jakoś straciło ono siłę. Nie brzmiało, nie smakowało prawdą. "Nie" było tym posmakom bliższe. Nie czeka, bo... bo oni nie istnieją, bo ma obowiązek stąpania twardo po tym świecie, bo Crow tu był i nie było potrzeby szukania, bo tylu ludzi już zranił i pewnie jeszcze więcej zrani, bo tak wielu zraniło jego samego... Nie. Smutne, smutne... to wszystko było kurewsko smutne.
- Mam dwa psy, nie ma miejsca w tej wieży na kolejnego samca. - Szczur, pies... a może Flynn był po prostu misiem koalą - one miały w zwyczaju uczepiać się czyjejś nogi i już nie puszczać. Oderwał wzrok od jego ust, przestał badać jego twarz i zapatrzył się ze skupieniem w ciemne oczy. Teraz jasne - mimo pochmurnej pogody promienie słońca wpraszały się do środka, szarawe przez chmury. Każda kropka brązu, każde ich przejaśnienie - Laurent miał dogłębne i nieustające poczucie, że te oczy mu się z czymś kojarzyły, że je znał, że były takie... bliskie na płaszczyźnie głębszej niż ta fizyczna. - Mogę ci zostawić w aucie moje majteczki zamiast rękawiczek. Co ty na to?