Mrugał i widział nad sobą sufit. Pod sufitem kaskada ciemności - wirowały i migotały gwiazdy, księżyc przesuwał się i wpatrywał w niego natarczywie... Ciemność włosów Victorii, które rozpraszały światło zapalone w pomieszczeniu naprawdę przez chwilę wyglądały jak baldachim nad jej łóżkiem. Jej twarz - księżycowa cera - tak samo chłodna, tak samo odległa, tak samo nieosiągalna. A jednak tutaj - przy nim. Nie czuł nawet zimna jej ud, jej rąk, kiedy klęczała obok i robiła... robiła...
Nie wiedział, co robi na ziemi i nie wiedział, co robi Victoria na ziemi. Pierwsze zimno, jakie poczuł, było zimnem od herbaty, która wsiąkła w jego koszulę. To rozkojarzenie wystarczyło, kiedy ona go przytrzymała i wypowiedziała magiczne "Laurie", żeby zatrzymał się zupełnie. I nierozumiejącymi oczyma wpatrywał się w nią z dołu - prawie jak dziecko, które nie wie, co zrobiło źle. Nie mogło wiedzieć - w końcu niczego złego nie zrobiło. Za to stało się coś złego zupełnie nie z jego winy.
- Już w porządku, Victorio... - Uspokajał ją, chociaż nie do końca wiedział, dlaczego to robił. Oprócz tego, że chciał ją uspokajać względem tej strasznej sytuacji, w jakiej byli. I tak usiadł bez większego trudu, a dzięki brakowi gwałtowny ruchów to i zabrakło kręcenia w głowie. Chwilę tak posiedział. Spojrzał na swoją koszulę, na fotel, na filiżankę, która rozbita leżała teraz na ziemi. - Och, przepraszam, moja droga... - Szkoda było filiżanki... oczywiście można ją oddać, by ją na stałe zlepiono, ale... ale czy to w ogóle było teraz ważne w ustosunkowaniu się do tematów, jakie tutaj poruszali? - Straciłem przytomność? - Nie zdarzyło mu się to pierwszy raz - pewnie nie będzie to też ostatni. Skorzystał z jej pomocy i usiadł na łóżku - chciał na fotelu, ale bardziej zdał się na instruktaż kobiety. - Nie trzeba, posiedzę... już nic mi nie jest, naprawdę. - Ułożył dłoń na klatce piersiowej, czując swoje serce bijące pod piersią bardzo wyraźnie. Nie waliło jednak już tak niespokojnie jak jeszcze przed... w sumie nie wiedział, czy przed sekundą, czy przed minutą. Nie mógł leżeć długo, bo pewnie już czarami Victoria by go przetransportowała do łóżka i zdążyła pobiec po medyka.
- Strasznie cię przepraszam... - Powiedzieć, że było mu głupio, było niedopowiedzeniem razy milion. Zmarszczył aż brwi, wpatrując się w nią z przejęciem i poczuciem winy, że ona ma tyle na głowie, a dokłada jej zmartwień. - To nerwowe, czasami mi się tak zdarza. - Uprzedził jej ewentualne pytanie. Chciał jej powiedzieć, że w sumie to nic takiego, że raz czy dwa się zdarzyło. Innymi słowy - chciał skłamać. Ale... nie. Nie chciał jej oszukiwać. Nie chciał jej martwić, ale bardziej nie chciał jej ranić zbywając ją. - Zdarza się naprawdę rzadko. - Dopowiedział, żeby też źle nie zrozumiała tego, że "czasami"... w zasadzie to wszystko i tak można było rozumieć, jak się chciało. Mało to było precyzyjne... ale rzeczywiście - nie stanowiło żadnych norm. - Chciałem powiedzieć, żebyś na siebie bardzo uważała. Gdybyś potrzebowała znam zaufanych ludzi, których można zatrudnić na ochronę... mogę ci wytresować jarczuka do ochrony.