22.12.2024, 22:34 ✶
Scylla słuchała Peregrinusa z uprzejmym zainteresowaniem, choć część jego słów zdawała się spływać po niej niczym woda po kaczce. Nie dlatego, że nie były ważne - wprost przeciwnie - ale dlatego, że jej myśli wciąż wracały do Charlesa Mulcibera. Tego, jak na początku wydawał jej się tylko kolejnym cichym elementem chaosu, a później - kimś więcej. Peregrinus miał swoje racje, sceptycznie podchodząc do obecności chłopaka, ale Scylla widziała w nim coś, co przypominało jej błysk światła w mroku.
Odnalezienie rówieśnika, który nie drażnił jej swoją obecnością (lub vice versa), było nie lada osiągnięciem. Może to dlatego tak łatwo przychodziło jej ignorowanie sceptycyzmu Trelawneya. Mulciber był dla niej czymś nowym, czymś, co łamało monotonię życia wśród ludzi, których zbyt często oceniano przez pryzmat ich nazwisk i decyzji przodków. Lubiła go. Nie próbowała nawet tego ukrywać.
- Charles jest... - zaczęła, lecz urwała, jakby nie chciała zdradzać zbyt wiele. W końcu spojrzała na Peregrinusa z lekkim uśmiechem. - Jest w porządku. - Rzadko dzieliła się swoimi opiniami, zwłaszcza tymi pozytywnymi, ale teraz, z ćmą w palcach, czuła, że to nie ma znaczenia. Niezależnie od tego, co Peregrinus myślał o Mulciberze, Scylla była pewna swojego zdania. - Może masz rację. Może zrobiłam na nim takie wrażenie, że już nigdy nie zniknę mu w tłumie. Czy właśnie w takich momentach używa się powiedzenia, że nieważne, jak o tobie mówią, ale ważne, aby mówili? - Uniosła spojrzenie znad ćmy, na którą cały ten czas patrzyła poprzez lekko rozchylone palce. Chciała wiedzieć, bo nigdy nie szukała rozgłosu, robiła wszystko, aby nie być zapamiętaną. Rzucanie się w oczy zawsze przynosiło jej pecha, bo nie przyciągała łaskawych spojrzeń.
Ponownie spuściła spojrzenie; ćma, która delikatnie wierzgała w jej dłoniach, zdawała się pochłaniać całe jej skupienie. Maleńka i pozornie nieistotna, była czymś więcej niż zwykłym owadem. Była jedyną żywą istotą, nad którą obecnie miała kontrolę.
- Utożsamiam się z nimi - oznajmiła w końcu, nie odrywając wzroku od stworzenia. Jej głos był spokojny, niemal łagodny, ale niósł w sobie nutę stanowczości. - Są małe, niepozorne i zwykle umykają innym ludziom. Niemniej, kiedy już zostaną zauważone, wpierw zwykle wywołują kilka sekund trwogi i zdziwienia - ot, zwyczajna reakcja człowieka na nieznane. - Uśmiechnęła się łagodnie, jakby miała takie zachowanie za nieco urocze. Strach przed czymś tak niewielkim i zwykle niestanowiącym zagrożenia. - Oczywiście potem zwykle ci ludzie próbują się ich pozbyć, często są deptane i rozgniatane, ale to już naturalna kolej rzeczy. Silniejsi zawsze będą mieli kontrolę nad słabszymi. - Wzruszyła ramionami, zaskakująco nieprzejęta faktem, że najpierw postawiła się w roli robaczka, a potem pogodziła się z jego tragiczną śmiercią.
Odnalezienie rówieśnika, który nie drażnił jej swoją obecnością (lub vice versa), było nie lada osiągnięciem. Może to dlatego tak łatwo przychodziło jej ignorowanie sceptycyzmu Trelawneya. Mulciber był dla niej czymś nowym, czymś, co łamało monotonię życia wśród ludzi, których zbyt często oceniano przez pryzmat ich nazwisk i decyzji przodków. Lubiła go. Nie próbowała nawet tego ukrywać.
- Charles jest... - zaczęła, lecz urwała, jakby nie chciała zdradzać zbyt wiele. W końcu spojrzała na Peregrinusa z lekkim uśmiechem. - Jest w porządku. - Rzadko dzieliła się swoimi opiniami, zwłaszcza tymi pozytywnymi, ale teraz, z ćmą w palcach, czuła, że to nie ma znaczenia. Niezależnie od tego, co Peregrinus myślał o Mulciberze, Scylla była pewna swojego zdania. - Może masz rację. Może zrobiłam na nim takie wrażenie, że już nigdy nie zniknę mu w tłumie. Czy właśnie w takich momentach używa się powiedzenia, że nieważne, jak o tobie mówią, ale ważne, aby mówili? - Uniosła spojrzenie znad ćmy, na którą cały ten czas patrzyła poprzez lekko rozchylone palce. Chciała wiedzieć, bo nigdy nie szukała rozgłosu, robiła wszystko, aby nie być zapamiętaną. Rzucanie się w oczy zawsze przynosiło jej pecha, bo nie przyciągała łaskawych spojrzeń.
Ponownie spuściła spojrzenie; ćma, która delikatnie wierzgała w jej dłoniach, zdawała się pochłaniać całe jej skupienie. Maleńka i pozornie nieistotna, była czymś więcej niż zwykłym owadem. Była jedyną żywą istotą, nad którą obecnie miała kontrolę.
- Utożsamiam się z nimi - oznajmiła w końcu, nie odrywając wzroku od stworzenia. Jej głos był spokojny, niemal łagodny, ale niósł w sobie nutę stanowczości. - Są małe, niepozorne i zwykle umykają innym ludziom. Niemniej, kiedy już zostaną zauważone, wpierw zwykle wywołują kilka sekund trwogi i zdziwienia - ot, zwyczajna reakcja człowieka na nieznane. - Uśmiechnęła się łagodnie, jakby miała takie zachowanie za nieco urocze. Strach przed czymś tak niewielkim i zwykle niestanowiącym zagrożenia. - Oczywiście potem zwykle ci ludzie próbują się ich pozbyć, często są deptane i rozgniatane, ale to już naturalna kolej rzeczy. Silniejsi zawsze będą mieli kontrolę nad słabszymi. - Wzruszyła ramionami, zaskakująco nieprzejęta faktem, że najpierw postawiła się w roli robaczka, a potem pogodziła się z jego tragiczną śmiercią.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga