Każdy miewał momenty słabości, Yaxleyówna zdawała sobie z tego sprawę, nie zawsze pojawiały się one w najodpowiedniejszym momencie - czuła, że Roise gdyby tylko mógł to nie pozwoliłby sobie na to pęknięcie przy niej, ale najwyraźniej nie miał na to wpływu. Niczego to nie zmieniło, nie zamierzała przez to patrzeć na niego inaczej, mimo, że jeszcze nigdy nie widziała go w podobnym stanie. Wiele się działo, wiele się zmieniło, rzeczywistość potrafiła być naprawdę bardzo przytłaczająca.
Chciała być jego oparciem, chciała mu przynieść ukojenie, wydawało jej się, że powinna to zrobić mimo tego, że ustalili już iż będą dla siebie jedynie sojusznikami, nikim więcej. Nie zachowywała się jednak jak sojusznik, nie umiałaby przejść obojętnie obok jego cierpienia, przypatrywać się mu, gdy musiał sam sobie poradzić z tym problemem. To nie było możliwe, ale wspominała mu o tym przecież, że jej uczucia co do jego osoby wcale się nie zmieniły, nadal go kochała mimo tych wszystkich perturbacji.
- Ten drugi - Cukier, pojawił się u mnie po tym, jak tam byłeś ostatni raz. - W sumie to zapomniała o tym, że to był nowy nabytek, jakby jeden pies nie był wystarczający. Cóż, kiedyś przecież oni mieli mieć dwa psy, najwyraźniej zamierzała spełnić to marzenie również sama. Nie, żeby ta decyzja była mocno przemyślana, należała do chwilowych zachcianek, jak większość tego, co robiła.
Nie miała więc najmniejszego oporu przed tym, aby sięgnąć po szczeniaka, z różową kokardką, który zagubił się w tłumie, cóż strata właściciela, najwyraźniej powinien był go bardziej pilnować. Gdyby miała nieco lepsze intencje, pewnie mogłaby go poszukać, cóż, zwierzę jednak było na tyle urocze, że postanowiła je wziąć dla siebie. W końcu udawała, że wcale nie widzi tej płaczącej dziewczynki i odwróciła się na pięcie ze szczeniakiem w swoich ramionach.
- Każdy powód jest dobry, czyż nie? - Wtedy zdecydowanie łatwiej było wytłumaczyć sobie swoje nie do końca poprawne zachowanie. Można było się wybielić w oczach swoich i innych, chociaż ona sama jakoś nie miała tendencji do udowadniania sobie, że jest dobrym człowiekiem. Wiedziała, że tak nie jest, na pewno nie do końca. Niektóre z jej decyzji były podejmowane tylko przez chęć wzbogacenia się, czy utrzymania relacji z osobami, na których wcale nie powinno jej zależeć.
- Dzieciak nie dopilnował psa, ale nie będę kłamać, że usilnie go poszukiwałam, stwierdziłam, że to znak, że pies ma pozostać mój, zresztą razem jest łatwiej, czyż nie? Teraz więc Pierdoła ma Cukra i nie nudzi się za bardzo, kiedy mnie nie ma. - Nie powinna znikać na kilka dni mając zwierzęta, jednak w tym przypadku Astaroth pewnie nad nimi czuwał, pozostawało jej wierzyć, że nie zrobił sobie z nich kolacji i zaangażował Triss do tego, aby wyszła z nimi na spacer, bo przecież on nie mógł opuszczać mieszkania podczas dnia. To też nieco komplikowało sprawę, na szczęście skrzatka zawsze była chętna i gotowa do pomocy Yaxleyównie. Geraldine całkiem nieźle z nią żyła, nigdy nie traktowała tego stworzenia z pogardą, bo uważała, że dzięki szacunkowi można zyskać lojalność.
Może nie pomogła nikomu zabić kogoś bezpośrednio, mimo wszystko czuła, że to, że zaangażowała się w sprawdzenie towaru mogło jeszcze odbić się jej czkawką. Nie pytała do czego potrzebują rogu buchorożca, postanowiła wyświadczyć tę przysługę Louvainowi tylko dlatego, że on pierwszy negował istnienie jej brata bliźniaka, nie chciała wyjść na wariatkę, dlatego zgodziła się mu pomóc, a on wysłał ją do Degenhardta, któremu pomogła. Nie wnikała dlaczego Lestrange ma takie znajomości, dlaczego szukał kogoś, kto pomoże mordercy poszukiwanemu przez ministerstwo. Nie miała tendencji do zadawania niepotrzebnych pytań, bo wiedziała, że mogłyby ją wiele kosztować. Pojawiła się tam, sprawdziła co miała i zniknęła, licząc na to, że nikt ją z tym nie powiąże.
- To nie jest proste, ale nie jest też niemożliwe. - Zawsze przecież istniały jakieś rozwiązania, czasem jednak ich poszukiwanie zajmowało trochę więcej czasu. Nie było sytuacji bez wyjścia, chociaż mogłoby się może wydawać, że tak jest. Z każdego bagna dało się wydostać.
- Kiedyś na pewno Ci się uda. - Chciała powiedzieć, że im się uda, ale nie była szczególnie pewna, czy oni jeszcze istnieli. To, że trwali teraz w tym uścisku mogło być mylące, to nie tak, że nie chciałaby, żeby było prawdziwe, ale wiedziała, że mogą to być tylko pozory. Spowodowane tą chwilową niedyspozycją.
- Czy ja wiem, zawsze wolałam najprostsze metody. - Najłatwiej przychodziła jej walka przy pomocy siły fizycznej, ale w tych czasach, których żyli musiała nieco zmienić swoje metody, starała się dostosować do otoczenia, szczególnie po tym, kiedy już raz magia ją zawiodła, kiedy wylądowała w Mungu, a Roise był tego świadkiem. Nie chciała dopuścić to tego, aby się to powtórzyło, musiała być pewna, że będzie sobie w stanie poradzić z każdym przeciwnikiem. Zwłaszcza, że aktualnie krążyły po świecie widma, i inne dziwne stworzenia, z którymi nigdy wcześniej nie walczyła.
- Trzeba się dostosowywać, chociaż nie jest to szczególnie wygodne. - To było prawdą, nie mogli stać w miejscu, nie kiedy świat był pełen zagrożeń. Oczywiście, że wolałaby pozostać przy tym, co robiła najlepiej, ale mogło to być niewystarczające, zresztą istoty, czy ludzie z którymi przyszło im walczyć nie mieli żadnych oporów przed tym, aby odbierać życia. Musiała więc nauczyć się postępować tak samo, chociaż nieszczególnie była z tego zadowolona, nie była morderczynią, chociaż, czy faktycznie? Ostatnio sporo się zmieniło, nie miała oporów przed tym, aby wybierać śmierć. Szczególnie, gdy jedynymi możliwościami było to, że przeżyją oni, albo tamci. Wybór był prosty.
Nie widziała innej możliwości, jak jakoś się w tym odnaleźć, wierzyła, że Roise miał podobnie, bo przecież przyszło im żyć w tym samym świecie.