23.12.2024, 06:09 ✶
U Tessy zawsze czuła się jak w domu.
To nie było tak, że nie traktowała w ten sposób Warowni, bo czasem miała wrażenie, że już nie pamiętała momentów spędzonych w rodzinnym domu. Te wspomnienia były słabe i ulotne, przychodząc i odchodząc kiedy tylko chciały, jakby nie byłą w stanie w pełni ich pochwycić i zachować ze sobą na dłużej. Może dlatego w pewnym momencie poprosiła Morpheusa o pomoc i pokazanie jak działa jego myślodsiewnia. Ale mimo tego, że wszystkie te wspomnienia w których mogła przebierać i wybierać działy się na terenie posiadłości Longbottomów, w jakiś sposób już na zawsze to miejsce miało jej przypominać, że ten pierwszy dom straciła.
Czuła się jak niewdzięczna, kiedy takie myśli przychodziły jej do głowy, ale nie mogła strzepnąć z barków przeświadczenia, że wszystko działo się na pożyczonym czasie i pożyczonych miejscach. Zastanawiała się nad tym szczególnie kiedy miała gorsze dni. Kiedy myślała o matce, albo widziała zmartwioną twarz ojca, który tkwił w obcym świecie, nawet gdy wszyscy robili co mogli, by nie czuł się wyobcowany.
Ale Tessa? Mówiła na nią ciociu, ale było w tych słowach coś o wiele bardziej zażyłego i bliskiego. Uderzającego w czysty, krystaliczny dźwięk uczuć, którymi na dobrą sprawę mogłaby obdarzać matkę. Można by pomyśleć, że podobnymi emocjami obdarzałaby Elise, ale pani Longbottom miała już przecież swoje dzieci i nawet jeśli Crawleyów nie potępiała to... ślizgali się na jakiejś wyznaczonej przez panią domu granicy, której Dora nie chciała nigdy naruszać.
Dziewczyna zadzwoniła dzwonkiem, cierpliwie czekając na jakikolwiek odzew z drugiej strony drzwi, a kiedy podłapała słowa cioci, nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do środka. - Piernik! - nie była na tyle niewychowana, żeby nie odpowiedzieć na kocie przywitanie, zaraz też wyciągając do niego ręce i podnosząc. - Pierniczku jak ja cię dawno nie widziałam. Ale jesteś tak samo zmierzwiony jak zawsze - a nawet jeśli nie był, to szybko się to zmieniło, kiedy go pogłaskała, idąc w stronę kuchni. - Dzień dobry ciociu - zaświergotała wesoło na widok Tessy, przytulając się do niej na powitanie. - Przyniosłam ze sobą trochę słoiczków, bo robiłam pierwsze dżemy, a no i syrop jeszcze, na lepsze sny, bo z lawendy - wyciągnęła z torby butelkę i parę słoiczków z przetworami. Na koniec natomiast na stole znalazły się książki, które wcześnie otrzymała od Longbottom. - Mogę ci jakoś pomóc? W sensie w kuchni zanim zaczniemy z książkami?
To nie było tak, że nie traktowała w ten sposób Warowni, bo czasem miała wrażenie, że już nie pamiętała momentów spędzonych w rodzinnym domu. Te wspomnienia były słabe i ulotne, przychodząc i odchodząc kiedy tylko chciały, jakby nie byłą w stanie w pełni ich pochwycić i zachować ze sobą na dłużej. Może dlatego w pewnym momencie poprosiła Morpheusa o pomoc i pokazanie jak działa jego myślodsiewnia. Ale mimo tego, że wszystkie te wspomnienia w których mogła przebierać i wybierać działy się na terenie posiadłości Longbottomów, w jakiś sposób już na zawsze to miejsce miało jej przypominać, że ten pierwszy dom straciła.
Czuła się jak niewdzięczna, kiedy takie myśli przychodziły jej do głowy, ale nie mogła strzepnąć z barków przeświadczenia, że wszystko działo się na pożyczonym czasie i pożyczonych miejscach. Zastanawiała się nad tym szczególnie kiedy miała gorsze dni. Kiedy myślała o matce, albo widziała zmartwioną twarz ojca, który tkwił w obcym świecie, nawet gdy wszyscy robili co mogli, by nie czuł się wyobcowany.
Ale Tessa? Mówiła na nią ciociu, ale było w tych słowach coś o wiele bardziej zażyłego i bliskiego. Uderzającego w czysty, krystaliczny dźwięk uczuć, którymi na dobrą sprawę mogłaby obdarzać matkę. Można by pomyśleć, że podobnymi emocjami obdarzałaby Elise, ale pani Longbottom miała już przecież swoje dzieci i nawet jeśli Crawleyów nie potępiała to... ślizgali się na jakiejś wyznaczonej przez panią domu granicy, której Dora nie chciała nigdy naruszać.
Dziewczyna zadzwoniła dzwonkiem, cierpliwie czekając na jakikolwiek odzew z drugiej strony drzwi, a kiedy podłapała słowa cioci, nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do środka. - Piernik! - nie była na tyle niewychowana, żeby nie odpowiedzieć na kocie przywitanie, zaraz też wyciągając do niego ręce i podnosząc. - Pierniczku jak ja cię dawno nie widziałam. Ale jesteś tak samo zmierzwiony jak zawsze - a nawet jeśli nie był, to szybko się to zmieniło, kiedy go pogłaskała, idąc w stronę kuchni. - Dzień dobry ciociu - zaświergotała wesoło na widok Tessy, przytulając się do niej na powitanie. - Przyniosłam ze sobą trochę słoiczków, bo robiłam pierwsze dżemy, a no i syrop jeszcze, na lepsze sny, bo z lawendy - wyciągnęła z torby butelkę i parę słoiczków z przetworami. Na koniec natomiast na stole znalazły się książki, które wcześnie otrzymała od Longbottom. - Mogę ci jakoś pomóc? W sensie w kuchni zanim zaczniemy z książkami?