To znaczyło coś więcej. Wyważył to celowo, wracając do swojej manipulacji sprzed chwili i dostał to czego chciał - odpowiedź zapewniającą go w tym, że był i będzie najważniejszy, a przynajmniej miał na to szansę. Wciąż nie podniósł głowy, karmiąc się tym momentem - bo naprawdę wierzył, że oczy go w takich scenach zdradzały. Ludzie potrafili wyczytać z nich kiedy zamierzał zrobić sobie krzywdę, albo kiedy (tak jak teraz) był całkiem dumny z wykreowanej manipulacji. I tak - jego emocje były prawdziwe, żar buchał z niego jak z pieca w hucie, ale to wcale nie znaczyło, że się nie nauczył ich wykorzystywać. Dawał się pieścić i przerwał do dopiero wtedy, kiedy był pewny tego, co faktycznie się wydarzyło: po podniesieniu twarzy musiał wyglądać na szczęśliwego i pełnego nadziei. Nastrajał się więc. Czy to było trochę podłe? A może to zwyczajnie konieczność, kiedy bardzo potrzebowałeś zbudować tutaj mały, bezpieczny świat, w którym Laurent jest tylko twój i da się przynajmniej na moment zapomnieć o tym, co czeka ich poza granicami New Forest.
- Poczekam. W każdym znaczeniu i kontekście - powiedział cicho, miękkim głosem, niemalże szepnął w odpowiedzi na zadane mu pytanie. Zamierzał poczekać nie tylko na jego powrót, ale i na to, aż chłopak wydobrzeje i nabierze chęci w byciu świntuchem nie tylko w słowach. Teraz kiedy to, co znajdowało się pomiędzy nimi, składało się głównie z zapewnień, mógł jedynie obserwować go zza tej woalki grubych rzęs przysłaniających zmrużone oczy i kolejnym z pocałunków ryć w jego głowie obraz kogoś, kto rozpalał oddaniem. Nie musiał mu tego przypominać, bo się to przecież działo tu i teraz. Ale on nie chciał tego tylko powiedzieć. On chciał to wyryć w metalu, wielkimi literami, z wykrzyknikiem na końcu. Zamierzał też wyryć to na swoim ciele, chociaż nie wpadł jeszcze na nic lepszego niż potwór morski owijający swoje macki wokół jego serca, bo za mało miał przecież miejsca na ciekawsze wzory. I to było naprawdę kurwa uwłaczającego nosić na klatce piersiowej jej imię, jakby nigdy tego życia nie porzucił. - Jakie masz dla mnie dzisiaj zadania, panie prezesie? - Nie odkleił się od niego. Wręcz przeciwnie - po zadaniu mu pytania pocałował go jeszcze raz.
- Poczekam. W każdym znaczeniu i kontekście - powiedział cicho, miękkim głosem, niemalże szepnął w odpowiedzi na zadane mu pytanie. Zamierzał poczekać nie tylko na jego powrót, ale i na to, aż chłopak wydobrzeje i nabierze chęci w byciu świntuchem nie tylko w słowach. Teraz kiedy to, co znajdowało się pomiędzy nimi, składało się głównie z zapewnień, mógł jedynie obserwować go zza tej woalki grubych rzęs przysłaniających zmrużone oczy i kolejnym z pocałunków ryć w jego głowie obraz kogoś, kto rozpalał oddaniem. Nie musiał mu tego przypominać, bo się to przecież działo tu i teraz. Ale on nie chciał tego tylko powiedzieć. On chciał to wyryć w metalu, wielkimi literami, z wykrzyknikiem na końcu. Zamierzał też wyryć to na swoim ciele, chociaż nie wpadł jeszcze na nic lepszego niż potwór morski owijający swoje macki wokół jego serca, bo za mało miał przecież miejsca na ciekawsze wzory. I to było naprawdę kurwa uwłaczającego nosić na klatce piersiowej jej imię, jakby nigdy tego życia nie porzucił. - Jakie masz dla mnie dzisiaj zadania, panie prezesie? - Nie odkleił się od niego. Wręcz przeciwnie - po zadaniu mu pytania pocałował go jeszcze raz.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.