23.12.2024, 14:38 ✶
Przez dłuższą chwilę nie zdawałem sobie sprawy z tego, że wstrzymuję oddech. Zbliżał się, a ja nie potrzebowałem oddychać, ale jednak... To nie było kwestią braku potrzeby, ale nerwów, które spinały właśnie każdą część mojego ciała. To tak, jakby zaraz miało stać się coś złego, jakby miało nas pochłonąć, zniszczyć doszczętnie, dlatego więc trwałem w zawieszeniu, nie śmiejąc nawet drgnąć. Możliwe, że nie byłbym w stanie wyrwać się z tego bezruchu, ale śpiewny głos Laurenta byłby w stanie zmiękczyć nawet najbardziej niezłomny z marmurów, więc mimowolnie się uśmiechnąłem.
Ulżyło mi? Niekoniecznie, ale skinąłem nieznacznie głową w ramach zgody, żeby się przysiadł. Wciąż jednak nie obdarzałem go spojrzeniem, uparcie wbijając go przed siebie. W tej chwili w elegancką szatę Laurenta na poziomie jego klatki piersiowej, byleby nie patrzeć na tę anielską, niewinną twarz. Nie byłem pewien, czy bardziej nie chciałem ujrzeć jego delikatnych rysów twarzy, warg, które mogły się rozpłynąć przy byle powiewie wiatru oraz błękitnych oczu, tak jasnych... tak nienaturalnie... Że mogłyby topić, mogłyby zatopić myśli, skierować ku jednemu dnu, ale... Nie patrzyłem na niego. Może powód nie leżał w tym, że był faktycznie dużą pokusą, ale może bardziej w tym, że zadałem mu ból, że niemal ukradłem mu życie, że miał mi znacznie więcej do zarzucenia, a jednak przysiadał się do mnie i... jak mogłem mu przy tym spojrzeć w oczy?
Rozchyliłem wargi, chcąc przeprosić, ale słowa nie wymknęły się spomiędzy nich. To było tak nieodpowiednie, tak niewystarczające. W obrazie tego, co widziałem każdej nocy, której odważyłem się zasnąć i to bez silnych eliksirów, nie było słów ani czynów, które mogłyby to wynagrodzić. Myślałem o tym wielokrotnie, ale przegiąłem. Wiedział o tym i o tym, że nie mogliśmy się bawić w kotka i myszkę, bo to naprawdę niosło za sobą wizję śmierci. Może właśnie dlatego przesunął się by odsłonić mi obraz otoczenia, całej tej bogatej gawiedzi, która śmiała się i bawiła w najlepsze, nie zdając sobie sprawy z tego, że wystarczyła drobna utrata kontroli by szampańska zabawa zamieniła się w krwawą jatkę.
Przełknąłem ślinę. Przypomniałem sobie, że potrzebowałem powietrze by coś powiedzieć.
- Nie boisz się mnie? Nie odraża cię moja obecność? - zapytałem, choć to były niezbyt trafne pytania. Jak mógłby się mnie nie bać?! W takiej sytuacji, jaka miała między nami miejsce?! Dlaczego więc tu był? Czemu nie wyszedł albo trzymał się na drugim końcu knajpy? - Może inaczej, co robisz, Laurencie?! Wiesz, że jedyne, co mogę ci ofiarować, to... śmierć - odparłem, odważając się na to by podnieść wzrok na jego twarz. Potrzebowałem zobaczyć emocje, które zagrają na jego twarzy. Może również potrzebowałem ujrzeć z bliska jego twarz? Przez drobną chwilę, zdecydowanie zbyt krótką, którą spędziliśmy w wannie, myślałem, że mogę panować nad sobą i być mu oparciem, przyjacielem... Ta chwila wydawała się być snem. Tak nierealna, że zastanawiałem się czasami, co ja robiłem w skąpym szlafroku w kuchni Laurenta?! Jak się tam znalazłem?! W jaki sposób?! - te pytania udowadniały, że to było realne. Przez tę drobną chwilę było realne.
- Śmierć - wyszeptałem ponownie, spuszczając wzrok na szklankę stojącą na stoliku. Do połowy pustą. Inicjały znajdowały się niedaleko niej. Życie i śmierć. Jedno już miałem za sobą. Z doświadczenia wiedziałem, że śmierć wcale nie była w porządku. Laurent pragnął śmierci, zaznać jej smaku, ale chyba miał to już za sobą, więc... Co tu robił? Jeśli chciał cofnąć się w czasie żeby mnie powstrzymać przed tym losem, to było na marne. Nic nie powstrzymałoby tamtego Astarotha przed wejściem do tego lasu. Najwyraźniej tak zostały zapisane karty historii, los w gwiazdach, że nie dałoby rady. Rozmyślałem już o tym nie raz. Byłem wtedy zbyt podniecony polowaniem, taki pewny siebie, niezniszczalny... I to wszystko prysło. Cała ta młodzieńcza buta.
Ulżyło mi? Niekoniecznie, ale skinąłem nieznacznie głową w ramach zgody, żeby się przysiadł. Wciąż jednak nie obdarzałem go spojrzeniem, uparcie wbijając go przed siebie. W tej chwili w elegancką szatę Laurenta na poziomie jego klatki piersiowej, byleby nie patrzeć na tę anielską, niewinną twarz. Nie byłem pewien, czy bardziej nie chciałem ujrzeć jego delikatnych rysów twarzy, warg, które mogły się rozpłynąć przy byle powiewie wiatru oraz błękitnych oczu, tak jasnych... tak nienaturalnie... Że mogłyby topić, mogłyby zatopić myśli, skierować ku jednemu dnu, ale... Nie patrzyłem na niego. Może powód nie leżał w tym, że był faktycznie dużą pokusą, ale może bardziej w tym, że zadałem mu ból, że niemal ukradłem mu życie, że miał mi znacznie więcej do zarzucenia, a jednak przysiadał się do mnie i... jak mogłem mu przy tym spojrzeć w oczy?
Rozchyliłem wargi, chcąc przeprosić, ale słowa nie wymknęły się spomiędzy nich. To było tak nieodpowiednie, tak niewystarczające. W obrazie tego, co widziałem każdej nocy, której odważyłem się zasnąć i to bez silnych eliksirów, nie było słów ani czynów, które mogłyby to wynagrodzić. Myślałem o tym wielokrotnie, ale przegiąłem. Wiedział o tym i o tym, że nie mogliśmy się bawić w kotka i myszkę, bo to naprawdę niosło za sobą wizję śmierci. Może właśnie dlatego przesunął się by odsłonić mi obraz otoczenia, całej tej bogatej gawiedzi, która śmiała się i bawiła w najlepsze, nie zdając sobie sprawy z tego, że wystarczyła drobna utrata kontroli by szampańska zabawa zamieniła się w krwawą jatkę.
Przełknąłem ślinę. Przypomniałem sobie, że potrzebowałem powietrze by coś powiedzieć.
- Nie boisz się mnie? Nie odraża cię moja obecność? - zapytałem, choć to były niezbyt trafne pytania. Jak mógłby się mnie nie bać?! W takiej sytuacji, jaka miała między nami miejsce?! Dlaczego więc tu był? Czemu nie wyszedł albo trzymał się na drugim końcu knajpy? - Może inaczej, co robisz, Laurencie?! Wiesz, że jedyne, co mogę ci ofiarować, to... śmierć - odparłem, odważając się na to by podnieść wzrok na jego twarz. Potrzebowałem zobaczyć emocje, które zagrają na jego twarzy. Może również potrzebowałem ujrzeć z bliska jego twarz? Przez drobną chwilę, zdecydowanie zbyt krótką, którą spędziliśmy w wannie, myślałem, że mogę panować nad sobą i być mu oparciem, przyjacielem... Ta chwila wydawała się być snem. Tak nierealna, że zastanawiałem się czasami, co ja robiłem w skąpym szlafroku w kuchni Laurenta?! Jak się tam znalazłem?! W jaki sposób?! - te pytania udowadniały, że to było realne. Przez tę drobną chwilę było realne.
- Śmierć - wyszeptałem ponownie, spuszczając wzrok na szklankę stojącą na stoliku. Do połowy pustą. Inicjały znajdowały się niedaleko niej. Życie i śmierć. Jedno już miałem za sobą. Z doświadczenia wiedziałem, że śmierć wcale nie była w porządku. Laurent pragnął śmierci, zaznać jej smaku, ale chyba miał to już za sobą, więc... Co tu robił? Jeśli chciał cofnąć się w czasie żeby mnie powstrzymać przed tym losem, to było na marne. Nic nie powstrzymałoby tamtego Astarotha przed wejściem do tego lasu. Najwyraźniej tak zostały zapisane karty historii, los w gwiazdach, że nie dałoby rady. Rozmyślałem już o tym nie raz. Byłem wtedy zbyt podniecony polowaniem, taki pewny siebie, niezniszczalny... I to wszystko prysło. Cała ta młodzieńcza buta.