Mięśnie mitycznych strażników lasów były napięte. Drgały przy każdym uniesieniu kopyta pod krótką sierścią pokrywającą ich końską część ciała. Nie drżały za to ich ręce. Logika podpowiadała: zaraz się zmęczą. Zaraz opuszczą te łuki, przecież ludzkie ręce nie są przyzwyczajone do takich wysiłków, do trzymania ciągle napiętej cięciwy. Lecz nie. One się nie męczyły i nie widać było żadnego zawahania. Magia czyniła cuda i sprzyjała czarodziejom, a tam, gdzie nie sprzyjała, czarodzieje dbali o to, by zaczęła. I potem były Centaury. Te istoty, które cywilizacja spychała coraz głębiej w star bory, które nie zamierzały ulegać, a żaden czarodziej nie ośmielił się wydać im wojny. Nam te lasy niepotrzebne, niech je mają! Przecież nie możemy mówić o szacunku, a co najwyżej o zasłanianiu się nim. Jak widać - nawet Czarny Pan gotów był uszanować te stare istoty i nie zadzierać z nimi. Wolał się z nimi dogadać polubownie. Mądry to był człowiek, zaprawdę - ku uciesze jego popleczników i ku utrapieniu jego wrogom.
- Gwiazdom na niebie szacunku nie okazują dwunożni tylko, co nie zaczęli jeszcze o trzech nogach chodzić. - Błekitnooki uniósł powoli dłoń. To już. Wystarczy gwałtowniej opuścić rękę, rozbrzmi pieśń cięciw..! Lecz nie. On tę rękę opuścił bardzo powoli, przez co pozostałe centaury opuściły swoje bronie.
- Uważaj na nich, Vralnilu. - Język centaurów brzmiał dźwięcznie, melodyjnie, przepłynął przez usta jednego z nich - Leviathan bardzo dobrze mógł zrozumieć, co było tu mówione.
- Wieszczka wystarczy, nie musi dwójka o nogach własnych opuszczać naszych lasów. - Dodał centaur o włosach brązowych jak angielskie dęby, przechodząc lekko za wasze plecy. W ten ślepy punkt człowieka, gdzie zagrożenie znika z pola widzenia, ale to nie sprawia, że go nie było. Nie, ono stawało się wtedy jeszcze gorsze. Nie obracaj się za siebie. Na żadne z tych słów jednak Vralnil, ich dowódca, nie odpowiedział. I nie spojrzał nawet na nich - błękit ciągle prześwietlał was tak, jak oczy jastrzębia przecinały niebiosa w poszukiwaniu ofiary.
- Wiatr wtargnął między kruki i spłoszył je do lotu. Jesteście wiatrem - las żyje inaczej, kiedy wkraczacie pod jego korony. - Nie było spokoju tam, gdzie pojawiała się wichura i nie można było mówić o niechęci spokoju zakłócania... za to można było powiedzieć o tym, że nie było planów, by ten wiatr wzmagać - i Vralnil rozumiał to aż za dobrze. Ludzie zawsze oznaczali kłopoty. Czarodzieje - tym bardziej.
Centaur oderwał wzrok od Scylli - i nawiązał kontakt wzrokowy ze Smokiem, którego tu sprowadziła. Albo który ją tutaj sprowadził? Na krótki moment zapadła ciężka cisza.
- Gdy z różdżką biegniesz na akromantule - jesteś odważny, czy głupiś? - Pozwolił temu pytaniu na chwilę zabrzmieć, ze trzy centaury prychnęły z rozbawienia, albo może nawet pogardy? - Z czym przychodzą do mnie ludzie z różdżkami i czemu historia nie ma zakończyć się tak, jakby biegli na akromantulę? - Nie było groźby ukrytej w tonie jego głosu - ten był ciągle tak samo spokojny i zimny w swoim wydźwięku. Nie podniesiony, ale wcale nie cichy. Las przyjmował go tak samo, jak przyjąłby pohukiwanie sowy w dziupli późną nocą.