Miał przy sobie kogoś tak chłodnego, że kontakt fizyczny wcale nie był przyjemny. Nie mógł być. Jakbyś obcował z trupem. Victoria jeszcze żyła i była tego życia pełna. Woli, siły, chęci. A co, jeśli tej iskry w niej zabraknie? Już nie będzie tylko zimna na ciele, ale i w oczach. Jeśli nie cieleśnie, to zgaśnie psychicznie. W końcu ulegnie temu wszystkiemu, co się dzieje, pogłębi się stres, nie będzie mogła się uśmiechać. A w końcu zgaśnie całkiem. Jej powieki się nie otworzą. Albo jeśli będą się otwierać to z obojętnością na ten świat, krewnych. Na wszystko. Ta myśl go przeraziła, ale teraz już... teraz chciał ściskać jej dłoń, upewniać się, że chociaż nie może jej ogrzać, to nie staje się zimniejsza ani nieruchoma.
- Nie ma to magicznego leku. Potrzebowałbym trochę spokoju. - O który ciężko prosić i o którym nie dało się mówić. Zawsze coś się działo i nigdy nie miało się to zmienić. Będziemy walczyć, będziemy wypruwać swoje żyły, będziemy krwawić i wylewać pot na ten świat, za ten świat i dla tego świata. Nie było wypoczynku w miejscu, gdzie zarzewie wojny podkładało swoje pierwsze podpałki pod węgle. - Rok temu było lepiej. - Trochę chciał zażartować, że wcale nie tak zawsze. To nadal była nieprawda - delikatny był zawsze. Natomiast zdrowie lepiej się go trzymało ten rok temu. Kilka rzeczy sobie obiecał - że zadba o siebie, że teraz już na pewno pójdzie drogą, w której przestanie tak tonąć, stanie w końcu do pionu. Jeśli nie dla siebie - dla rodziny. Wstydził się tego, co zrobił przy Astarothcie. Tak bardzo się wstydził...
Skinął trochę niemrawo głową, a znali się na tyle długo, żeby Victoria wiedziała, że jest to przytaknięcie bardziej odruchowe, bo w gruncie rzeczy było zastanowieniem. Zastanawiał się nad tym, czy potrzebował, czy chciał, czy nie da to satysfakcji Edwardowi, który znowu zyska nad nim kontrolę. I co by w ogóle ojciec powiedział, gdyby zobaczył Crowa kręcącego się po jego posesjach. Ha, co by pomyślał... każdego potrafił nazwać zabawką - w końcu sam tak potrafił na rzesze ludzi patrzeć.
- Wymusiłem na nim umowę. - Uśmiechnął się niemrawo. - Umów zaś zawsze dotrzymuje. - Chociaż nadal był Prewettem - wcale by się nie zdziwił, gdyby jednak ktoś się kręcił poza Vincentem i jego czujnym okiem po New Forest, a on nie do końca sobie z tego zdawał sprawę. Najgorsza była myśl właśnie w tym punkcie, w którym "nie zdawał sobie sprawy". To robiło się trudne - kontrola nad miejscem, które powinno być przystanią. - To nie jest najlepsze miejsce na takie stworzenie, to prawda. - Spojrzał na tę sypialnię - taką śliczną. A potem na swoją koszulę, która była brudna, ale przynajmniej sucha i nie tworzyła tego nieprzyjemnego dyskomfortu. Musiał się przebrać. Tylko dlatego, że siedział obok Victorii, nie musiał tego zrobić natychmiast - a i tak musiał. Uzmysłowił sobie to dopiero w tym momencie. Tak jak musiał jej kupić nową porcelanę. Piękną, kompletną.
Oparł głowę na jej ramieniu, zachęcony delikatnym gestem przesunięcia kosmyka włosów. Nie zrobiła tego... czy ktoś mógł to zrobić dla niej? Zabić bestię, żeby bestia nie stanowiła już zagrożenia? Nie zrobiła tego. Przez moment milczał, gładząc delikatnie kciukiem jej skórę dłoni.
- Florence miała wizję o ogniu, który sprowadzą wraz z jesienią Śmierciożercy. Nie zna szczegółów, to w końcu wizja... ale to się znowu stanie. Głos mówił jej o Samhain i Beltane. Powiadomiła już Departament Tajemnic, więc są ostrzeżeni. - Ale... Ona była aurorem i mogła też działać. - Czeka nas znowu trudny okres, Victorio. - Mówił to naprawdę cicho. To nic - bo jego cichy głos, w tej ciszy, był doskonale słyszalny.