23.12.2024, 22:31 ✶
– Obawiam się, że nie możemy badać każdej śmierci wśród mugoli – odparła Brenna. Mówiła tonem łagodnym, ale nie mogła nie skomentować: mimo wszystko była Brygadzistką. I chociaż świetnie wiedziała, że czarodzieje mogliby łatwo rozwiązać wiele zagadek nierozwikłanych dla mugolskiej policji, a pośród stu mogłaby znaleźć się jedna związana z magią… to nie tylko nie wystarczyłoby im do tego ludzi, ale wręcz nie powinni tego robić.
Może kiedyś nadejdzie dzień, w którym dwa rozdzielone teraz światy się połączą, ale była pewna, że nie nadejdzie on w tej dekadzie, a pewnie nawet nie w tym wieku.
Nie protestowała przeciwko linie, chociaż nie bała się zbytnio, że się zgubią – nie mogli jednak wykluczyć, że faktycznie pod powierzchnią zaatakują ich jakieś druzgotki, trytony albo inne magiczne stworzenia, a i łatwo było pod wodą o skurcz, i lepiej, aby jedno nie przegapiło, że drugie znalazło się w kłopotach. Pozwoliła mu zawiązać linę na swoim nadgarstku, choć sprawdziła, czy splot jest słaby, by w razie czego móc się szybko wyswobodzić, a potem – chociaż nadszedł już zmierzch, wypełnił las cieniami i sprawił, że widoczność stała się ograniczona – rozejrzała się po raz kolejny, upewniając się, że nikt nie patrzy.
– Proponuję płynąć ku drugiemu brzegowi, bo skoro tam się bawią, to pewnie utonęli jakoś od tamtej strony, ale tak trochę na prawo, żebyśmy wypłynęli o tam, gdzie są krzaki… niezbyt blisko ogniska – powiedziała, bo w końcu dzieciaki i tak były wobec nich wyraźnie podejrzliwe. A potem ruszyła ku tafli wody.
Było lato, po ciepłym dniu, ale o tej porze powietrze stawało się już chłodniejsze, i zadrżała z zimna. Zanurzyła się jednak szybko, zaraz po rzuceniu bąblogłowy, od razu płynąć ku dnu – dopiero gdy była pewna, że z oddali nikt nie dostrzeże błysku, pozwoliła, by różdżka rozbłysła światłem lumos. Dość słabym, oświetlającym może jakiś metr wokół niej.
Dno było kamieniste, tu i ówdzie pojawiały się rośliny, które pewnie miały jakieś swoje nazwy, ale dla niezbyt znającej się na tym Brenny były tylko wodorostami. Po przepłynięciu kilku metrów jezioro stało się głębsze: było na tyle głębokie i rozległe, że nie dziwiło, że ktoś w nim utonął, ale… wciąż nie powinno to być aż tyle osób.
Niefortunna seria, czy coś więcej…?
Choć przepływali jezioro w najgłębszym miejscu, nic ich nie atakowało. Brenna rozglądała się uważnie, nie dostrzegła jednak niczego podejrzanego: jezioro zdawało się jej zwykłym jeziorem, płytszym i dużo mniej niebezpiecznym niż to hogwarckie, w którym zdarzało się jej pływać w czerwcu, ku zgrozie Opiekunki Domu. Thomas też nie wypatrzył niczego, co świadczyłoby o tym, że zostało przeklęte… ale może nie byli w odpowiednim miejscu?
– Chyba wyjdzie na to, że zrobiliśmy sobie wycieczkę nad wodę… możemy przepłynąć jeszcze je w poprzek, ale ja nic nie widziałam – wykrztusiła Brenna parę chwil później, gdy oboje wypłynęli na powierzchnię, a bąblogłowa rozwiała się. Rozejrzała się odruchowo, wygasiła różdżkę i zaczęła płynąć ku krzewom. Mogli stąd dostrzec ognisko i sylwetki paru zgromadzonych przy nich osób, ale w międzyczasie zrobiło się na tyle ciemno, że oni nie powinni być widoczni.
Nie widzieli też dokładnie miejsca, do którego się zbliżali – położone poza plażą, porośnięte krzewami – ale usłyszeli dźwięk łamanych gałązek.
A potem plusk wody.
Może kiedyś nadejdzie dzień, w którym dwa rozdzielone teraz światy się połączą, ale była pewna, że nie nadejdzie on w tej dekadzie, a pewnie nawet nie w tym wieku.
Nie protestowała przeciwko linie, chociaż nie bała się zbytnio, że się zgubią – nie mogli jednak wykluczyć, że faktycznie pod powierzchnią zaatakują ich jakieś druzgotki, trytony albo inne magiczne stworzenia, a i łatwo było pod wodą o skurcz, i lepiej, aby jedno nie przegapiło, że drugie znalazło się w kłopotach. Pozwoliła mu zawiązać linę na swoim nadgarstku, choć sprawdziła, czy splot jest słaby, by w razie czego móc się szybko wyswobodzić, a potem – chociaż nadszedł już zmierzch, wypełnił las cieniami i sprawił, że widoczność stała się ograniczona – rozejrzała się po raz kolejny, upewniając się, że nikt nie patrzy.
– Proponuję płynąć ku drugiemu brzegowi, bo skoro tam się bawią, to pewnie utonęli jakoś od tamtej strony, ale tak trochę na prawo, żebyśmy wypłynęli o tam, gdzie są krzaki… niezbyt blisko ogniska – powiedziała, bo w końcu dzieciaki i tak były wobec nich wyraźnie podejrzliwe. A potem ruszyła ku tafli wody.
Było lato, po ciepłym dniu, ale o tej porze powietrze stawało się już chłodniejsze, i zadrżała z zimna. Zanurzyła się jednak szybko, zaraz po rzuceniu bąblogłowy, od razu płynąć ku dnu – dopiero gdy była pewna, że z oddali nikt nie dostrzeże błysku, pozwoliła, by różdżka rozbłysła światłem lumos. Dość słabym, oświetlającym może jakiś metr wokół niej.
Dno było kamieniste, tu i ówdzie pojawiały się rośliny, które pewnie miały jakieś swoje nazwy, ale dla niezbyt znającej się na tym Brenny były tylko wodorostami. Po przepłynięciu kilku metrów jezioro stało się głębsze: było na tyle głębokie i rozległe, że nie dziwiło, że ktoś w nim utonął, ale… wciąż nie powinno to być aż tyle osób.
Niefortunna seria, czy coś więcej…?
Choć przepływali jezioro w najgłębszym miejscu, nic ich nie atakowało. Brenna rozglądała się uważnie, nie dostrzegła jednak niczego podejrzanego: jezioro zdawało się jej zwykłym jeziorem, płytszym i dużo mniej niebezpiecznym niż to hogwarckie, w którym zdarzało się jej pływać w czerwcu, ku zgrozie Opiekunki Domu. Thomas też nie wypatrzył niczego, co świadczyłoby o tym, że zostało przeklęte… ale może nie byli w odpowiednim miejscu?
– Chyba wyjdzie na to, że zrobiliśmy sobie wycieczkę nad wodę… możemy przepłynąć jeszcze je w poprzek, ale ja nic nie widziałam – wykrztusiła Brenna parę chwil później, gdy oboje wypłynęli na powierzchnię, a bąblogłowa rozwiała się. Rozejrzała się odruchowo, wygasiła różdżkę i zaczęła płynąć ku krzewom. Mogli stąd dostrzec ognisko i sylwetki paru zgromadzonych przy nich osób, ale w międzyczasie zrobiło się na tyle ciemno, że oni nie powinni być widoczni.
Nie widzieli też dokładnie miejsca, do którego się zbliżali – położone poza plażą, porośnięte krzewami – ale usłyszeli dźwięk łamanych gałązek.
A potem plusk wody.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.