Cornelius siedział w swoim fotelu, spoglądając w okno, przez które wpadały blade promienie wiosennego słońca. Wiosna, która kiedyś niosła ze sobą życie i nadzieję, tym razem była dla niego jedynie przypomnieniem o utraconych marzeniach i bólu. Śmierć Amandy wstrząsnęła nim do głębi, myśl o tym, jak łatwo można stracić kogoś, kogo się kocha, nieustannie go dręczyła i nawet eliksiry, które dostał do przyjmowania, bo miały mu pozwolić zapomnieć, w rzeczywistości jedynie pogłębiały jego rozgoryczenie. Przepisano mu całkiem przyzwoite środki, ale po kilku dniach bez efektów postanowił leczyć się na własną rękę. Ironią losu było to, że jako koroner, badając ciała zmarłych, miał nie tylko wiedzę medyczną, ale również szerokie, osobiste doświadczenie z substancjami, które mogły zabić, ale w dobrej dawce dawały efekty, których potrzebował. Wiedział, jakie dawki były bezpieczne, a jakie mogły prowadzić do zguby, znał sposoby na przekraczanie tych granic, by doświadczyć chwilowego zapomnienia, nie obawiając się śmierci.
Dziś, jak wiele razy wcześniej, ponownie się naćpał. Tego dnia, znów sięgnął po swoje „zapomnienie”. Wiedział, jak to robić bezpiecznie, jak nie przekraczać granicy, która mogłaby zniszczyć wszystko, co zbudował. Przepraszam, ale kto by z tego nie skorzystał? Darowanej buteleczce esencji szaleństwa nie zagląda się pod korek, tylko od razu się ją odkorkowuje i się ją doi do, równo bez pomyłki, pięćdziesięciu mililitrów na raz. Ironią losu było to, że jego wiedza o medycynie i eliksirach, która kiedyś służyła do uzdrawiania, teraz stała się narzędziem do ucieczki od rzeczywistości. Mimo wszystko, w tym stłumionym świetle jego mieszkania, wydawał się być na chwilę wolny od swoich demonów.
Mieszkanie, które zamieszkiwał, było zaskakująco czyste i uporządkowane, znacznie bardziej uporządkowane niż jego życie. Na Horyzontalnej każdy przedmiot miał swoje miejsce, co kontrastowało z chaosem w jego głowie, ponieważ on nie miał już swojego miejsca. Pomieszczenia były pozbawione śladów bytowania, bo obecnie bytował, a nie żył, i schludne, dzięki nieustannej pomocy skrzata domowego, który dbał o każdy szczegół. Gdyby nie Mrużek, pewnie tonąłby w śmieciach i w syfie, a gdyby nie Ursula, która przysłała skrzata i zabrała Fabiana, pewnie poza tytułem „najschludniej wyglądający ćpun na chorobowym” musiałby mierzyć się z tytułem „najgorszy ojciec roku”, bo na trzeźwo nie potrafił tak żyć, a nie posunąłby się tak daleko, żeby odurzać się przy dziecku, był załamany, ale jeszcze nie tak.
Cornelius czuł, że jego stabilizacja, na którą tak długo pracował, nie została zachwiana, ona runęła z tąpnięciem w warstwę błotnistej ziemi wraz z głuchym odgłosem rozchodzącym się po cmentarzu w dzień, w którym pochowali jego żonę, a on od tamtego czasu miał wrażenie, że nie opuścił bram z żelaza jak duch zamknięty na wyjałowionym poletku, na którym nie zagościła wiosna. Dookoła nich, drzewa ulegały zazielenieniu, miały liście i pąki, gdzieniegdzie zaczynały się pojawiać kwiaty, zima odeszła, ale nadal panowała w jego sercu. Zamiast poczucia pewności, odczuwał jedynie chaos. Fabian, ich syn, pozostał mu jako jedyna iskra radości, ale nawet ta nie była w stanie rozproszyć mroku, który go otaczał. Chciał być silny, bo powinien być dla niego wsparciem, ale jak mógł udawać, że wszystko jest w porządku, gdy sam rozsypywał się od środka? Odesłał go do ciotki na kilka dni, to było dwa tygodnie temu i on sam nie wiedział, ile jeszcze to potrwa. Śmierć Amandy otworzyła mu oczy na brutalną rzeczywistość, bo nie było już bezpiecznej strefy, której mógłby się chwycić. Konflikt, który wydawał się odległy, teraz dotykał ich wszystkich, brutalnie wkraczał w ich życie.
Zaraz po stracie, Cornelius próbował się odnaleźć w nowej roli, ale to było trudniejsze, niż sądził. Gdy minął pierwszy szok, zaczął sypać się bardziej niż mógłby przyznać, szczególnie po tym, jak Ursula przyszła z pomocą, wyjątkowo go nie oceniając. To go pogrążyło, ciotka nigdy nie była ciepła, ale tym razem zachowywała się przy nim, jakby miała do czynienia z jajkiem. Amanda, która zawsze była dla niego ostoją, zniknęła, a on nie wiedział, jak dalej funkcjonować. Przyjaciele, z którymi jeszcze niedawno dzielił radości i smutki, teraz wydawali się odlegli i nieosiągalni. Tym bardziej, że znał sytuację, nie tylko swoją, więc nie wymagał nic od nikogo, odizolował się w swoim świecie. Ich czwórka, niegdyś nierozerwalna, teraz rozpadła się na kawałki. W kilka tygodni stracił trzy osoby. Nie potrafił znieść tej pustki, która go otaczała. Czuł, jakby w jego sercu tkwił zimny, stalowy nóż, który tylko pogłębiała każda chwila samotności.
Kiedy usłyszał pukanie do drzwi, zadrżał, jego spizgany umysł natychmiast stworzył kilka scenariuszy. Nie oczekiwał nic od nikogo, raczej przeciwnie, bo od razu nastawił się na kolejne niezbyt przyjemne sytuacje, na które nie miał siły. Może Ursula była zmęczona tym wszystkim i postanowiła się skonfrontować? Geraldine? Ambroise? Albo ktoś z ich dawnych znajomych? Ktokolwiek to był, Corio czuł się niegotowy na spotkanie, ale i tak wstał, wciągając głęboko powietrze. Otworzył drzwi, zanim zrobił to Mrużek, który już ruszył w tamtą stronę, stając twarzą w twarz z jedną z osób, na których widok zawsze wyrażał sympatię, niestety nie dziś. Teraz najwidoczniej wydarzył się wyjątek i Cornelius mimowolnie prawie cofnął się do wnętrza. Nie miał ochoty widzieć się z Geraldine, nie po tym wszystkim, co się stało, ale było za późno, żeby się wycofać.
- Hej. Dobrze cię widzieć. - Przywitał się, gdy skrzypnęły zawiasy szerzej otwieranych drzwi, a po drugiej stronie drzwi pojawiła się wysoka kobieta. Uśmiech, który próbował wymusić, szczególnie na widok smoka w jej rękach, wydawał mu się sztuczny. - Wejdź, proszę. Niestety Fabian jest u Ursuli. - Powiedział, przepuszczając ją w drzwiach. Mimo, że był mocno odurzony, jego zewnętrzny wygląd nie zdradzał żadnych oznak zażywania substancji. Dziś, ubrany w elegancką, dobrze skrojoną koszulę w stonowanym bordowym kolorze oraz ciemne spodnie, prezentował się nienagannie. Jego włosy były starannie uczesane, a jego twarz była gładko ogolona, w końcu był mistrzem w ukrywaniu swoich słabości.