24.12.2024, 05:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2024, 11:58 przez Theo Kelly.)
Popatrzył na nią uważnie, w milczeniu, jakby nad czymś się zastanawiając, zanim otworzył usta, aby się wreszcie odezwać w odpowiedzi.
- Jak masz odpowiednią wiedzę to i trup wstanie - rzekł z bezczelnym uśmiechem zdobiącym mu twarz. A i żyjąc w błogiej nieświadomości na temat tego ile kosztują instrumenty muzyczne, nie musiał się przejmować ich uszkodzenim, dla niego wystarczyło przecież pójść do sklepu muzycznego i kupić nowy instrument. Nie miał aż takiej wiedzy na ten temat, aby wiedzieć, że niektóre są cenniejsze od innych - dlatego też jego myśli skupiły się na czymś innym. Tak jak i ich wcześniejszy grobowiec, nie czekał nie wiadomo ile, by powiedzieć to o czym myślał. A raczej chciał, ale przerwała mu zagradzając drogę.
Gdyby w tej chwili się rozeszli zapewne by żałował, ale zdawał sobie też sprawę, że magiczna społeczność nie była aż tak duża i mając za wujka takie osoby jak Anthony i Jonathan nie było trudno kogoś "wyśledzić" i dowiedzieć się kim jest. Czasami wykazywał wręcz piekielną cierpliwość, niczym samotny wilk polujący na zwierzynę i czając się w mroku na dogodny moment, aby zaatakować. Nie zakładał bowiem, że jest przyjezdną z innego kraju, nie sprawiała takiego wrażenia - nie mógł też również wiedzieć, że łączyła ich osoba Shafiqa, bowiem dla obojga z nich był wujkiem.
Wpatrywał się nią intensywnie, z lekko rozchylonymi ustami, kiedy tak zbliżyła się tak blisko do niego. Takiego obrotu sprawy się nie tylko nie spodziewał, ale całkowicie go zaskoczyła. Poczuł jak serce zabiło mu szybciej, jakby już było gotowe na to co nastąpi za chwilę. - Piękno, które wymaga ryzyka - mruknął mając nadzieję, że zamknie mu usta, bo czuł, że zacznie zaraz bełkotać niebezpiecznie. Ale nie zamierzał się oddalać, grał w jej grę, sam ją w końcu zaczął swoimi zaczepkami. - Cóż, chyba nadszedł czas, żebym sprawdził, ile to ryzyko jest warte, nie sądzisz? - odpowiedział nie mogąc ukryć zawodu, że się odsunęła. Ah, dał się podejść - ograła go w jego własnej grze, a przecież wydawało mu się, że ma wszystko pod kontrolą.
- Tylko mi teraz nie mów, że nie dasz się zaprosić na kawę... Sonatino - rzucił ruszając za nią.
On zdecydowanie nie był materiałem na niańkę, dlaczego zatem to młode dziecko musiało że wszystkich tu obecnych podbiec do niego. Teraz nie mógł już od tak pójść obok i zignorować jej istnienie - wcale nie dlatego, że czepiała się jego nogi jak małą koala drzewa podczas snu.
Orzechowe spojrzenie utkwiło się w obliczu blondynki, już jej prawie odparował, że to widać jego magnetyzm sprawia, że kobiety do niego lgną, jednak na szczęście powstrzymał się w tej chwili przed tym komentarzem, niefortunnie by to brzmiało w fakcie, że to było dziecko.
- Na pewno? A nie była ubrana w worek jutowy? - mruknął bardziej do siebie, ale Scarlet nie miałaby problemu go usłyszeć, nie to co wyjące niczym syrena alarmowa dziewczynka.
Zerknął w stronę, którą wskazała mu skinieniem i pokiwał intensywnie głową.
- Tak, oni znajdą ją szybciej i lepiej się zaopiekują młodą niż my - zgodził i zwrócił się jeszcze do mogolskiego dziecka. - Chodź, tam są panowie policjanci, oni pomogą ci znaleźć mamę - złapał dzieci poza rękę i zaprowadził do wspomnianej dwójki, którą oddał w ich ręce przekazując o niej tyle co sam zdołał się dowiedzieć, czyli tyle co nic. Obowiązek przerzucony na innych i od razu jakoś tak człowiekowi lżej i lepiej.
- To nie taki zły pomysł, ogarnięcie się to całkiem dobry pomysł - zgodził się wiedząc, że w sumie mógłby wrócić prosto do domu, ale gdyby trafił na matkę to jeszcze niepotrzebnie by się mogła zmartwić, a nie miał pojęcia kiedy kończy dziś pracę. Dlatego doprowadzenie się do porządku przed powrotem brzmiało jak plan idealny. Co prawda sam zapewne ruszyłby do swojego chrzestnego, ale jak mógłby odmówić towarzyszenia damie!.
- A gdzie ten wuj mieszka? - zapytał bo przecież musieli się jakoś tam dostać. Mieszkał w tej miejscowości? Raczej w to wątpił, raczej będą musieli się teleportować.
Choć osobno przybyli na wspomniany dworzec, to jednak po wszystkich wydarzeniach tego dnia, które miały tutaj miejsce i sprawiły, że dworzec zaczął tętnić życiem (i śmierdzieć śmiercią) przyczyniło się do tego, że Scarlett i Theo opuścili to miejsce razem. Udali się do wujka kobiety, nie wiedząc, że to jest ich wspólnym. Zresztą dla tej dwójki zdawać by się mogło, że imiona są jakimś obcym tworem, który zupełnie nie jest potrzebny do funkcjonowania bowiem nadal się sobie nawzajem nie przedstawili.
- Jak masz odpowiednią wiedzę to i trup wstanie - rzekł z bezczelnym uśmiechem zdobiącym mu twarz. A i żyjąc w błogiej nieświadomości na temat tego ile kosztują instrumenty muzyczne, nie musiał się przejmować ich uszkodzenim, dla niego wystarczyło przecież pójść do sklepu muzycznego i kupić nowy instrument. Nie miał aż takiej wiedzy na ten temat, aby wiedzieć, że niektóre są cenniejsze od innych - dlatego też jego myśli skupiły się na czymś innym. Tak jak i ich wcześniejszy grobowiec, nie czekał nie wiadomo ile, by powiedzieć to o czym myślał. A raczej chciał, ale przerwała mu zagradzając drogę.
Gdyby w tej chwili się rozeszli zapewne by żałował, ale zdawał sobie też sprawę, że magiczna społeczność nie była aż tak duża i mając za wujka takie osoby jak Anthony i Jonathan nie było trudno kogoś "wyśledzić" i dowiedzieć się kim jest. Czasami wykazywał wręcz piekielną cierpliwość, niczym samotny wilk polujący na zwierzynę i czając się w mroku na dogodny moment, aby zaatakować. Nie zakładał bowiem, że jest przyjezdną z innego kraju, nie sprawiała takiego wrażenia - nie mógł też również wiedzieć, że łączyła ich osoba Shafiqa, bowiem dla obojga z nich był wujkiem.
Wpatrywał się nią intensywnie, z lekko rozchylonymi ustami, kiedy tak zbliżyła się tak blisko do niego. Takiego obrotu sprawy się nie tylko nie spodziewał, ale całkowicie go zaskoczyła. Poczuł jak serce zabiło mu szybciej, jakby już było gotowe na to co nastąpi za chwilę. - Piękno, które wymaga ryzyka - mruknął mając nadzieję, że zamknie mu usta, bo czuł, że zacznie zaraz bełkotać niebezpiecznie. Ale nie zamierzał się oddalać, grał w jej grę, sam ją w końcu zaczął swoimi zaczepkami. - Cóż, chyba nadszedł czas, żebym sprawdził, ile to ryzyko jest warte, nie sądzisz? - odpowiedział nie mogąc ukryć zawodu, że się odsunęła. Ah, dał się podejść - ograła go w jego własnej grze, a przecież wydawało mu się, że ma wszystko pod kontrolą.
- Tylko mi teraz nie mów, że nie dasz się zaprosić na kawę... Sonatino - rzucił ruszając za nią.
On zdecydowanie nie był materiałem na niańkę, dlaczego zatem to młode dziecko musiało że wszystkich tu obecnych podbiec do niego. Teraz nie mógł już od tak pójść obok i zignorować jej istnienie - wcale nie dlatego, że czepiała się jego nogi jak małą koala drzewa podczas snu.
Orzechowe spojrzenie utkwiło się w obliczu blondynki, już jej prawie odparował, że to widać jego magnetyzm sprawia, że kobiety do niego lgną, jednak na szczęście powstrzymał się w tej chwili przed tym komentarzem, niefortunnie by to brzmiało w fakcie, że to było dziecko.
- Na pewno? A nie była ubrana w worek jutowy? - mruknął bardziej do siebie, ale Scarlet nie miałaby problemu go usłyszeć, nie to co wyjące niczym syrena alarmowa dziewczynka.
Zerknął w stronę, którą wskazała mu skinieniem i pokiwał intensywnie głową.
- Tak, oni znajdą ją szybciej i lepiej się zaopiekują młodą niż my - zgodził i zwrócił się jeszcze do mogolskiego dziecka. - Chodź, tam są panowie policjanci, oni pomogą ci znaleźć mamę - złapał dzieci poza rękę i zaprowadził do wspomnianej dwójki, którą oddał w ich ręce przekazując o niej tyle co sam zdołał się dowiedzieć, czyli tyle co nic. Obowiązek przerzucony na innych i od razu jakoś tak człowiekowi lżej i lepiej.
- To nie taki zły pomysł, ogarnięcie się to całkiem dobry pomysł - zgodził się wiedząc, że w sumie mógłby wrócić prosto do domu, ale gdyby trafił na matkę to jeszcze niepotrzebnie by się mogła zmartwić, a nie miał pojęcia kiedy kończy dziś pracę. Dlatego doprowadzenie się do porządku przed powrotem brzmiało jak plan idealny. Co prawda sam zapewne ruszyłby do swojego chrzestnego, ale jak mógłby odmówić towarzyszenia damie!.
- A gdzie ten wuj mieszka? - zapytał bo przecież musieli się jakoś tam dostać. Mieszkał w tej miejscowości? Raczej w to wątpił, raczej będą musieli się teleportować.
Choć osobno przybyli na wspomniany dworzec, to jednak po wszystkich wydarzeniach tego dnia, które miały tutaj miejsce i sprawiły, że dworzec zaczął tętnić życiem (i śmierdzieć śmiercią) przyczyniło się do tego, że Scarlett i Theo opuścili to miejsce razem. Udali się do wujka kobiety, nie wiedząc, że to jest ich wspólnym. Zresztą dla tej dwójki zdawać by się mogło, że imiona są jakimś obcym tworem, który zupełnie nie jest potrzebny do funkcjonowania bowiem nadal się sobie nawzajem nie przedstawili.
Koniec sesji