24.12.2024, 11:28 ✶
Tata. Charles jednak nie potrzebował wiele do szczęścia, bo gdy padł w objęcia Richarda i wcisnął twarz w jego ramię, wszystko nagle było dobrze. Świat zatrzymał się i osiągnął spokój, gdy ojciec był blisko, cały, zdrowy, może nie do końca szczęśliwy, ale mający odzyskać równowagę z tak potrzebnym czasem. Charlie znów był małym chłopcem, który nie puścił ojca od razu, a trzymał się go tak długo, aż zrobiło się to niezręczne, i jeszcze parę sekund dłużej. Nie był gotów nawet wtedy, gdy puszczał mężczyznę, pozwalając mu odzyskać wolność, pozwalając, by wszedł do mieszkania.
Ojciec nauczył chłopców odpowiedzialności, ale też porządku. Mieszkanie było tego najlepszym dowodem, bo choć od początku mieli z nim łatwą pracę, to potrafili utrzymać je czystym, nawet bez jednej plamki lub widocznego kurzu. Jasne, nowoczesne wnętrza mieszkania Rodolphusa były bliskie sterylności, lecz brakowało im duszy, jaką miała choćby kamienica Mulciberów.
- Wejdź, tato. Leo jest w pracy. - Wyjaśnił szybko nieobecność brata. - Ostatnio spędza w szpitalu bardzo dużo czasu. Napijesz się czegoś? Mamy dobrą kawę. Z Kolumbii.
Gest dłoni posłał czajnik pod kran, po wodę, a następnie na magiczny palnik, by zagotować płyn w zupełnie naturalny sposób. Podobno miało to wpływ na smak napojów, usłyszał kiedyś, i tego się trzymał. Dla ojca chciał jak najlepiej.
- Chciałbyś coś zjeść, tato? Mam... Mam tosty i ser na kolację. Tosty z serem. Mogę się podzielić, jeśli chcesz? Mogę też pójść szybko do sklepu, tato, jeśli masz ochotę na coś innego. Tato?
To był pierwszy raz, gdy to Charlie musiał ugościć ojca i chciał to zrobić najlepiej jak potrafił. Richard musiał wiedzieć, że Charlie zmuszony był wydorośleć zbyt szybko, wyrzucony z kamienicy przez wuja, więc to, jak radził sobie z przygotowywaniem posiłków, mogło rzutować na jego przystosowanie do samodzielnego życia. Tosty były przynajmniej ciepłe, szybkie, nie wymagały zbędnych przygotowań, a że nie były zbyt pożywne? To nie było zmartwienie młodego Mulcibera, nastawionego na nowe doznania w pracy, miłości i nowoodkrytej samodzielności.
Kiedy zakręcił się już w przylegające do salonu kuchni, mógł w końcu przysiąść na pufie, naprzeciw ojca. Podpierając ręce przed sobą między nogami, dopiero mógł zatrzymać na chwilę myśli i zacząć mówić to, co naprawdę miało znaczenie. Spojrzał na Richarda, lecz zaraz szybko odwrócił wzrok, gdy zdjął go wstyd. Czuł się winny wielu rzeczy i chciał, by ojciec o tym wiedział.
- Jak się czujesz, tato? - Zapytał więc ostrożnie, wstydliwe, wciąż unikając spojrzenia ojca. - Przepraszam, że nie było mnie przy tobie przez ostatnie dni. Doszedłem do wniosku, że... Że może nie chcesz mnie widzieć.
Pytań było wiele. Czy ojciec oskarżał go o śmierć najważniejszej dla siebie osoby? Czy gardził nim, sądząc, że przyczynił się do śmierci Roberta? Przyszedł tylko po to, by mu to powiedzieć? Wytknąć błędy, podkreślić, że Charles nie ma czego szukać na łonie rodziny?
- Przykro mi, że... Wiesz. Przez całą tą sytuację. Przepraszam, tato.
Ojciec nauczył chłopców odpowiedzialności, ale też porządku. Mieszkanie było tego najlepszym dowodem, bo choć od początku mieli z nim łatwą pracę, to potrafili utrzymać je czystym, nawet bez jednej plamki lub widocznego kurzu. Jasne, nowoczesne wnętrza mieszkania Rodolphusa były bliskie sterylności, lecz brakowało im duszy, jaką miała choćby kamienica Mulciberów.
- Wejdź, tato. Leo jest w pracy. - Wyjaśnił szybko nieobecność brata. - Ostatnio spędza w szpitalu bardzo dużo czasu. Napijesz się czegoś? Mamy dobrą kawę. Z Kolumbii.
Gest dłoni posłał czajnik pod kran, po wodę, a następnie na magiczny palnik, by zagotować płyn w zupełnie naturalny sposób. Podobno miało to wpływ na smak napojów, usłyszał kiedyś, i tego się trzymał. Dla ojca chciał jak najlepiej.
- Chciałbyś coś zjeść, tato? Mam... Mam tosty i ser na kolację. Tosty z serem. Mogę się podzielić, jeśli chcesz? Mogę też pójść szybko do sklepu, tato, jeśli masz ochotę na coś innego. Tato?
To był pierwszy raz, gdy to Charlie musiał ugościć ojca i chciał to zrobić najlepiej jak potrafił. Richard musiał wiedzieć, że Charlie zmuszony był wydorośleć zbyt szybko, wyrzucony z kamienicy przez wuja, więc to, jak radził sobie z przygotowywaniem posiłków, mogło rzutować na jego przystosowanie do samodzielnego życia. Tosty były przynajmniej ciepłe, szybkie, nie wymagały zbędnych przygotowań, a że nie były zbyt pożywne? To nie było zmartwienie młodego Mulcibera, nastawionego na nowe doznania w pracy, miłości i nowoodkrytej samodzielności.
Kiedy zakręcił się już w przylegające do salonu kuchni, mógł w końcu przysiąść na pufie, naprzeciw ojca. Podpierając ręce przed sobą między nogami, dopiero mógł zatrzymać na chwilę myśli i zacząć mówić to, co naprawdę miało znaczenie. Spojrzał na Richarda, lecz zaraz szybko odwrócił wzrok, gdy zdjął go wstyd. Czuł się winny wielu rzeczy i chciał, by ojciec o tym wiedział.
- Jak się czujesz, tato? - Zapytał więc ostrożnie, wstydliwe, wciąż unikając spojrzenia ojca. - Przepraszam, że nie było mnie przy tobie przez ostatnie dni. Doszedłem do wniosku, że... Że może nie chcesz mnie widzieć.
Pytań było wiele. Czy ojciec oskarżał go o śmierć najważniejszej dla siebie osoby? Czy gardził nim, sądząc, że przyczynił się do śmierci Roberta? Przyszedł tylko po to, by mu to powiedzieć? Wytknąć błędy, podkreślić, że Charles nie ma czego szukać na łonie rodziny?
- Przykro mi, że... Wiesz. Przez całą tą sytuację. Przepraszam, tato.