28.01.2023, 02:05 ✶
Allhallows miewało swój urok, o ile wiedziało się, czego i gdzie szukać.
Choć tak po prawdzie, w tej chwili chyba jedynym, czego Clare mogła teraz szukać, to ciszy i świętego spokoju. Zwłaszcza po ostatniej przygodzie z miastem-widmo, do którego trafiła przez całkowity przypadek. Wizje, jakich doświadczyła? Raniące do głębi, sprawiające, że chciało się zwinąć w kłębek i gorzko zapłakać nad własnym losem.
I losem innych.
Serce się wyrywało, kazało rzucić wszystko i wszystkim już, teraz, natychmiast, byleby tylko pobiec do ukochanych, przytulić do piersi i oznajmić, że w zasadzie to nie muszą się smucić. Nie to ciało, ale ta sama dusza, więc to tak, jakby nadal była tą samą osobą.
Tyle że to nie była prawda, a przynajmniej nie do końca. Już nie była tą Clare, co kiedyś. Rzeczy, których musiała się dopuścić, żeby przetrwać – dla szansy, którą być może będzie mogła wykorzystać – sprawiały, iż czuła się brudna, a w ustach pojawiał się absmak. Jednocześnie łatwiej przychodziło sięgnięcie po rozwiązania, o których nawet by nie pomyślała, będąc dawną Clare.
Krew na rękach, której nigdy nie zmyje, nawet jeśli szukała alternatywnych możliwości, żeby uniknąć ponurej ostateczności, dokonywanej w imię Czarnego Pana. Ironia losu – w poprzednim życiu nie miała nic przeciwko mugolakom, z niejednym się przyjaźniła, a teraz…? Teraz cały świat zmienił się w wielki teatr, na którego deskach odgrywała chyba najtrudniejszą rolę, jaka kiedykolwiek mogła przypaść jej w udziale. Z jednej strony – nie mogła wzbudzić podejrzeń wśród Śmierciożerców. Z drugiej – dla bezpieczeństwa ukochanych nie mogła też pozwolić im się w jakikolwiek sposób domyślić. Co było bardzo, bardzo trudne, zwłaszcza że ostatnio coś podejrzanie często ścieżki zaczęły się przecinać, przeplatać ze sobą.
Nawet się nie spostrzegła, kiedy zawędrowała w okolice wody – wody! Większych jej ilości przecież skrupulatnie unikała, wielogodzinne moczenie się w wannie odeszło do przeszłości. W końcu aż za dobrze pamiętała, jak woda ją pochłonęła, jak się dusiła, tę panikę, gdy sobie uświadomiła, co się dzieje– ale było już za późno, żeby odwrócić bieg wydarzeń, za późno na to, by nie osunąć się w ciemność.
Tam, skąd w teorii nie było powrotu.
Zapatrzyła się gdzieś przed siebie, nie próbując nawet podejść zbyt blisko fal, obmywających brzeg. Nawet o tym nie pomyślała, choć kiedyś przecież wręcz uwielbiała moczyć stopy i nie tylko stopy; inna sprawa, iż pora roku, a co za tym idzie – temperatura – bynajmniej nie sprzyjały bliższemu kontaktowi z wodą, nawet na samej płyciźnie.
Nie wiedziała, jak długo tak tkwiła, wpatrując się gdzieś przed siebie. Myśli przychodziły i odchodziły, zdawały się płynąć dość swobodnie, krążąc jednak ciągle wokół tych samych tematów. Nie potrafiła przejść nad nimi do porządku dziennego – zresztą, czy było to w ogóle możliwe? Może, gdyby stała się bardziej Alanną, gdyby wyparła więcej siebie, może byłaby w końcu do tego zdolna…
… w pewnym momencie odkryła, że bynajmniej nie znajdowała się tu sama. Na męską sylwetkę początkowo spoglądała dość obojętnie (mhm, cokolwiek rzucił, to wątpiła, żeby ryby się z tego ucieszyły), ale im dłużej bezwiednie jej się przypatrywała, tym bardziej odnosiła wrażenie, że jest dziwnie znajoma. Aż w końcu wrażenie zmieniło się w pewność w momencie, gdy ujrzała, jakim krokiem się porusza. Niby detal, drobny, a jednak sposób, w jaki się chodziło, potrafił zdemaskować nawet wtedy, gdy ukryło się rysy twarzy i zniekształciło inne detale wyglądu.
Chyba powinna się była teleportować jak najdalej stąd – nie chciała konfrontacji z Patrickiem. Czuła, że nie ma na to siły, nie po tym wszystkim, co nie tak dawno przecież widziała. Nie chciała też, by odniósł wrażenie, że go śledzi – i tak ostatnio zbyt często się stykali. Choć może…
Może…?
Może Allhalows stanowiło dość bezpieczne miejsce na to, by odrzucić maskę i ujawnić prawdę. Tylko czy by w to uwierzył…? I jakiś cichy głosik szeptał, że nie można było poczuć się zbyt pewnie, że nawet jeśli wydaje się, iż nie powinni się tu znajdować żadni poplecznicy Voldemorta, którzy ją skojarzą, to należało dmuchać na zimne.
Palce zacisnęły się wokół różdżki.
A potem zdała sobie sprawę z tego, że coś jest bardzo, bardzo nie tak. Przecież to nie pora na kąpiel, to raz, dwa, kto normalny wskakuje do wody w ubraniu?! Nawet jeśli miało się magię, to ani to wygodne, ani praktyczne. Czyżby chciał ze sobą skończyć? Tę myśl niemal natychmiast odrzuciła – na ile znała Patricka, to jakoś nie potrafiłaby uwierzyć, iż byłby do tego zdolny.
Bardzo szybko zapomniała, że miała się trzymać z daleka – jak w końcu mogła, w takiej sytuacji?! Byłoby to trudne już w przypadku losowej, całkiem nieznanej osoby, ale Patrick…? Wciąż stanowił – z którejkolwiek by strony nie spojrzeć – centrum jej świata. W pierwszej chwili zareagowała odruchowo, pognała wprost do wody, chcąc chyba wyciągnąć Stewarda z odmętów choćby i za uszy. Tylko że bardzo szybko musiała zweryfikować swoje plany; gdy tylko poczuła, jak woda wlewa się do butów, jak obmywa kostki, łydki, jak próbuje sięgnąć dalej – trafiła na ścianę. Nie dosłownie, niemniej ciało odmówiło posłuszeństwa. Mogła przeklinać, płakać, prosić, grozić – stopy ani myślały wykonać kolejny krok. I kolejny. Tyle, ile trzeba było, aż straciłaby grunt pod nogami.
Nie miała pojęcia, co robić. Każda sekunda była na wagę złota, a tymczasem… była w stanie zrobić jedno, wielkie nic, jeśli nie liczyć rozpaczliwego krążenia po płyciźnie, rozglądania się w poszukiwaniu potencjalnej pomocy i w końcu zszarzenia na twarzy.
Miłość zderzyła się ze strachem, który mocno trzymał Clare w objęciach i ani myślał odpuścić, choćby na chwilę. Zderzyła się i zdawała przegrywać tę desperacką walkę – w końcu im dłużej trwała niemoc, tym mniejsze szanse, że uda się ocalić mężczyznę.
Desperackie chwile przynosiły równie desperackie pomysły – nawet nie wiedziała, kiedy dobyła różdżki. Głupi, bardzo głupi pomysł, bo przecież nie mogła sobie ufać, że opanuje swoje reakcje, gdy za sprawą magii przeniesie się tam, gdzie ewidentnie coś się kotłowało. Dlaczego właściwie woda burzyła się w tym miejscu, miast spokojnie zamknąć nad swoistą ofiarą dla bogów? Nad tym też się nie zastanawiała, skupiając się na tylko jednej rzeczy.
Musiał przeżyć.
Świat bez niego równie dobrze mógł nie istnieć.
A jednocześnie wciąż nie mogła przebić się przez niewidzialną barierę, wytwór równie niewidzialnego potwora, który usadowił się za uchem i sączył swój jad. Słaba. Za słaba. Powinnaś znowu zniknąć w wodzie, pozwolić jej wypchnąć powietrze z płuc.
Teleportacja w tę i z powrotem, to brzmiało tak prosto. Zadygotała, wpatrując się przez ułamek sekundy w różdżkę, choć dla niej ciągnęło się to tak naprawdę w nieskończoność. Poszarzała jeszcze bardziej, choć wydawać się mogło, iż to już niemożliwe. Zdawała się podjąć w końcu decyzję, tak naprawdę jedyną, jaką mogła.
Uniosła spojrzenie, żeby spróbować oszacować odległość, jaka dzieliła ją od celu i… nie była pewna, czy wydała z siebie jakikolwiek głos czy nie. Nieistotne – dostrzegła płynącego do brzegu Patricka. Żył. Fala ulgi, jaka ją zalała, była wręcz obezwładniająca; tak bardzo, że zamarła na chwilę, usiłując to wszystko przetrawić. Mocno wcześniejsza myśl, że powinna się stąd ulotnić, przepadła w niebycie i już nie wróciła.
Ocknęła się mniej więcej wtedy, gdy Steward ewidentnie poczuł pod stopami grunt. Ale i tak nie myślała szczególnie trzeźwo, bowiem zamiast zniknąć, wyczarowała koc i podbiegła do niedoszłego topielca, gdy tylko wyszedł na płyciznę. Miała serdecznie w dupie, czy Patrickowi to pasuje czy nie, tak samo nie przejmowała się aktualnie tym, że kompletnie nie była w stanie ukryć swoich uczuć; wyglądała na wyraźnie przerażoną i mocno podenerwowaną tym, czego była świadkiem.
- Idiota – zapewne miało to być pełne złości fuknięcie, jednakże wypadło słabo, w obliczu rozedrganego głosu. Nieco drżącymi rękoma narzuciła koc na jego ramiona, po czym znowu machnęła różdżką, usiłując stworzyć jakiś ręcznik, co przychodziło ewidentnie z trudem.
No i chyba logiczniejszym byłoby najpierw przywołać coś do pozbycia się nadmiaru wody, a potem coś do owinięcia się – niemniej logika teraz zdecydowanie nie była najmocniejszą stroną kobiety, wręcz przeciwnie.
Choć tak po prawdzie, w tej chwili chyba jedynym, czego Clare mogła teraz szukać, to ciszy i świętego spokoju. Zwłaszcza po ostatniej przygodzie z miastem-widmo, do którego trafiła przez całkowity przypadek. Wizje, jakich doświadczyła? Raniące do głębi, sprawiające, że chciało się zwinąć w kłębek i gorzko zapłakać nad własnym losem.
I losem innych.
Serce się wyrywało, kazało rzucić wszystko i wszystkim już, teraz, natychmiast, byleby tylko pobiec do ukochanych, przytulić do piersi i oznajmić, że w zasadzie to nie muszą się smucić. Nie to ciało, ale ta sama dusza, więc to tak, jakby nadal była tą samą osobą.
Tyle że to nie była prawda, a przynajmniej nie do końca. Już nie była tą Clare, co kiedyś. Rzeczy, których musiała się dopuścić, żeby przetrwać – dla szansy, którą być może będzie mogła wykorzystać – sprawiały, iż czuła się brudna, a w ustach pojawiał się absmak. Jednocześnie łatwiej przychodziło sięgnięcie po rozwiązania, o których nawet by nie pomyślała, będąc dawną Clare.
Krew na rękach, której nigdy nie zmyje, nawet jeśli szukała alternatywnych możliwości, żeby uniknąć ponurej ostateczności, dokonywanej w imię Czarnego Pana. Ironia losu – w poprzednim życiu nie miała nic przeciwko mugolakom, z niejednym się przyjaźniła, a teraz…? Teraz cały świat zmienił się w wielki teatr, na którego deskach odgrywała chyba najtrudniejszą rolę, jaka kiedykolwiek mogła przypaść jej w udziale. Z jednej strony – nie mogła wzbudzić podejrzeń wśród Śmierciożerców. Z drugiej – dla bezpieczeństwa ukochanych nie mogła też pozwolić im się w jakikolwiek sposób domyślić. Co było bardzo, bardzo trudne, zwłaszcza że ostatnio coś podejrzanie często ścieżki zaczęły się przecinać, przeplatać ze sobą.
Nawet się nie spostrzegła, kiedy zawędrowała w okolice wody – wody! Większych jej ilości przecież skrupulatnie unikała, wielogodzinne moczenie się w wannie odeszło do przeszłości. W końcu aż za dobrze pamiętała, jak woda ją pochłonęła, jak się dusiła, tę panikę, gdy sobie uświadomiła, co się dzieje– ale było już za późno, żeby odwrócić bieg wydarzeń, za późno na to, by nie osunąć się w ciemność.
Tam, skąd w teorii nie było powrotu.
Zapatrzyła się gdzieś przed siebie, nie próbując nawet podejść zbyt blisko fal, obmywających brzeg. Nawet o tym nie pomyślała, choć kiedyś przecież wręcz uwielbiała moczyć stopy i nie tylko stopy; inna sprawa, iż pora roku, a co za tym idzie – temperatura – bynajmniej nie sprzyjały bliższemu kontaktowi z wodą, nawet na samej płyciźnie.
Nie wiedziała, jak długo tak tkwiła, wpatrując się gdzieś przed siebie. Myśli przychodziły i odchodziły, zdawały się płynąć dość swobodnie, krążąc jednak ciągle wokół tych samych tematów. Nie potrafiła przejść nad nimi do porządku dziennego – zresztą, czy było to w ogóle możliwe? Może, gdyby stała się bardziej Alanną, gdyby wyparła więcej siebie, może byłaby w końcu do tego zdolna…
… w pewnym momencie odkryła, że bynajmniej nie znajdowała się tu sama. Na męską sylwetkę początkowo spoglądała dość obojętnie (mhm, cokolwiek rzucił, to wątpiła, żeby ryby się z tego ucieszyły), ale im dłużej bezwiednie jej się przypatrywała, tym bardziej odnosiła wrażenie, że jest dziwnie znajoma. Aż w końcu wrażenie zmieniło się w pewność w momencie, gdy ujrzała, jakim krokiem się porusza. Niby detal, drobny, a jednak sposób, w jaki się chodziło, potrafił zdemaskować nawet wtedy, gdy ukryło się rysy twarzy i zniekształciło inne detale wyglądu.
Chyba powinna się była teleportować jak najdalej stąd – nie chciała konfrontacji z Patrickiem. Czuła, że nie ma na to siły, nie po tym wszystkim, co nie tak dawno przecież widziała. Nie chciała też, by odniósł wrażenie, że go śledzi – i tak ostatnio zbyt często się stykali. Choć może…
Może…?
Może Allhalows stanowiło dość bezpieczne miejsce na to, by odrzucić maskę i ujawnić prawdę. Tylko czy by w to uwierzył…? I jakiś cichy głosik szeptał, że nie można było poczuć się zbyt pewnie, że nawet jeśli wydaje się, iż nie powinni się tu znajdować żadni poplecznicy Voldemorta, którzy ją skojarzą, to należało dmuchać na zimne.
Palce zacisnęły się wokół różdżki.
A potem zdała sobie sprawę z tego, że coś jest bardzo, bardzo nie tak. Przecież to nie pora na kąpiel, to raz, dwa, kto normalny wskakuje do wody w ubraniu?! Nawet jeśli miało się magię, to ani to wygodne, ani praktyczne. Czyżby chciał ze sobą skończyć? Tę myśl niemal natychmiast odrzuciła – na ile znała Patricka, to jakoś nie potrafiłaby uwierzyć, iż byłby do tego zdolny.
Bardzo szybko zapomniała, że miała się trzymać z daleka – jak w końcu mogła, w takiej sytuacji?! Byłoby to trudne już w przypadku losowej, całkiem nieznanej osoby, ale Patrick…? Wciąż stanowił – z którejkolwiek by strony nie spojrzeć – centrum jej świata. W pierwszej chwili zareagowała odruchowo, pognała wprost do wody, chcąc chyba wyciągnąć Stewarda z odmętów choćby i za uszy. Tylko że bardzo szybko musiała zweryfikować swoje plany; gdy tylko poczuła, jak woda wlewa się do butów, jak obmywa kostki, łydki, jak próbuje sięgnąć dalej – trafiła na ścianę. Nie dosłownie, niemniej ciało odmówiło posłuszeństwa. Mogła przeklinać, płakać, prosić, grozić – stopy ani myślały wykonać kolejny krok. I kolejny. Tyle, ile trzeba było, aż straciłaby grunt pod nogami.
Nie miała pojęcia, co robić. Każda sekunda była na wagę złota, a tymczasem… była w stanie zrobić jedno, wielkie nic, jeśli nie liczyć rozpaczliwego krążenia po płyciźnie, rozglądania się w poszukiwaniu potencjalnej pomocy i w końcu zszarzenia na twarzy.
Miłość zderzyła się ze strachem, który mocno trzymał Clare w objęciach i ani myślał odpuścić, choćby na chwilę. Zderzyła się i zdawała przegrywać tę desperacką walkę – w końcu im dłużej trwała niemoc, tym mniejsze szanse, że uda się ocalić mężczyznę.
Desperackie chwile przynosiły równie desperackie pomysły – nawet nie wiedziała, kiedy dobyła różdżki. Głupi, bardzo głupi pomysł, bo przecież nie mogła sobie ufać, że opanuje swoje reakcje, gdy za sprawą magii przeniesie się tam, gdzie ewidentnie coś się kotłowało. Dlaczego właściwie woda burzyła się w tym miejscu, miast spokojnie zamknąć nad swoistą ofiarą dla bogów? Nad tym też się nie zastanawiała, skupiając się na tylko jednej rzeczy.
Musiał przeżyć.
Świat bez niego równie dobrze mógł nie istnieć.
A jednocześnie wciąż nie mogła przebić się przez niewidzialną barierę, wytwór równie niewidzialnego potwora, który usadowił się za uchem i sączył swój jad. Słaba. Za słaba. Powinnaś znowu zniknąć w wodzie, pozwolić jej wypchnąć powietrze z płuc.
Teleportacja w tę i z powrotem, to brzmiało tak prosto. Zadygotała, wpatrując się przez ułamek sekundy w różdżkę, choć dla niej ciągnęło się to tak naprawdę w nieskończoność. Poszarzała jeszcze bardziej, choć wydawać się mogło, iż to już niemożliwe. Zdawała się podjąć w końcu decyzję, tak naprawdę jedyną, jaką mogła.
Uniosła spojrzenie, żeby spróbować oszacować odległość, jaka dzieliła ją od celu i… nie była pewna, czy wydała z siebie jakikolwiek głos czy nie. Nieistotne – dostrzegła płynącego do brzegu Patricka. Żył. Fala ulgi, jaka ją zalała, była wręcz obezwładniająca; tak bardzo, że zamarła na chwilę, usiłując to wszystko przetrawić. Mocno wcześniejsza myśl, że powinna się stąd ulotnić, przepadła w niebycie i już nie wróciła.
Ocknęła się mniej więcej wtedy, gdy Steward ewidentnie poczuł pod stopami grunt. Ale i tak nie myślała szczególnie trzeźwo, bowiem zamiast zniknąć, wyczarowała koc i podbiegła do niedoszłego topielca, gdy tylko wyszedł na płyciznę. Miała serdecznie w dupie, czy Patrickowi to pasuje czy nie, tak samo nie przejmowała się aktualnie tym, że kompletnie nie była w stanie ukryć swoich uczuć; wyglądała na wyraźnie przerażoną i mocno podenerwowaną tym, czego była świadkiem.
- Idiota – zapewne miało to być pełne złości fuknięcie, jednakże wypadło słabo, w obliczu rozedrganego głosu. Nieco drżącymi rękoma narzuciła koc na jego ramiona, po czym znowu machnęła różdżką, usiłując stworzyć jakiś ręcznik, co przychodziło ewidentnie z trudem.
No i chyba logiczniejszym byłoby najpierw przywołać coś do pozbycia się nadmiaru wody, a potem coś do owinięcia się – niemniej logika teraz zdecydowanie nie była najmocniejszą stroną kobiety, wręcz przeciwnie.
1269