25.12.2024, 21:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2025, 22:23 przez Lorraine Malfoy.)
"Może tak byłoby prościej?" Dziewczęcy śmiech odbił się dźwięcznie od wyciszonych wcześniej ścian gabinetu, śmiech szczery, niepowstrzymany: wydawać by się mogło, że Stanley opowiedział właśnie najprzedniejszy żart, jaki miała okazję usłyszeć.
– Zapewne – zgodziła się Lorraine, z uśmiechem wciąż igrającym na wargach. Och, byłoby prościej wejść do umysłu Stanleya z takim samym impetem, z jakim on i Sauriel weszli na początku czerwca do zajętego przez nią mieszkania barona narkotykowego. Byłoby prościej złamać go, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja – nie, nie złamać, pomyślała, nie zrobiłaby tego wrogowi, a co dopiero przyjacielowi – byłoby prościej, gdyby wiedziała od samego początku, że ma do czynienia ze Śmierciożercą, bo wtedy mogłaby... No właśnie, co? Czy odmówiłaby zlecenia? Czy wyprosiłaby ich wtedy z mieszkania? Ze swojego życia?
Może tak byłoby prościej.
– Tylko dla kogo? – spytała miękko, powiodłszy spojrzeniem za palcem Stanleya, który szukał czegoś na półce z książkami. Nie podejrzewała go choćby przez chwilę, nie, mówiła sobie, to czarnych, bezlitosnych oczu Sauriela Rookwooda należy się obawiać – jego porywczości i nieprzewidywalnej natury. Obecność Stanleya, brygadzisty, który miał jeszcze w życiu coś do stracenia, była poniekąd gwarantem bezpieczeństwa. Nie tak jak Maeve – Maeve i jej zapewnienia, że będzie jej oczami i uszami na Nokturnie – bo choć Maeve nie była w stanie ukoić jej obaw, Lorraine gotowa była złożyć swoje życie w jej ręce.
Zapewne, niemalże wzruszyła obojętnie ramionami, zapewne byłoby prościej porzucić wszystkie te niezdrowe sentymenty, wyzbyć chorych przywiązań do miejsc, do ludzi... Zostawić je za sobą. Zostawić to wszystko za sobą.
– Problemem nie jest to, że obydwaj mówicie to samo. Problemem jest to, że wasze słowa nic nie znaczą w obliczu tego, co robicie. – Lorraine podniosła się z miejsca, zbliżając się powoli do Stanleya, który stał wciąż obok regału z książkami, dziwnie zadumany, pochłonięty przez myśli równie czarne, co otchłanie Podziemnych Ścieżek. Przestępując obok rozbitego szkła, od niechcenia machnęła wyciągniętą z rękawa różdżką: naprawiła szklankę zrzuconą ze stołu przez kręcącą się między ich nogami kocicę. – Problemem jest to, że wasze problemy przestaną być tylko waszymi problemami, w momencie, gdy wszyscy będziemy musieli wybrać. Bo... Nadchodzi czas, kiedy będzie trzeba wybrać między tym co dobre, a tym co łatwe. – Zawahała się. – A ja nie chcę wybierać wcale. – Ty też tego nie chcesz, chciała dodać. To byłoby jednak okrutne, przypominać Stanleyowi o tym, że, chcąc nie chcąc, już wybrał, i wybrał źle. – Nie chcę wybierać między wami.
Sięgnęła po tomik poezji, który odsunął na bok, skończywszy czytać: z namaszczeniem odwracała kolejne, naznaczone piętnem czasu, kruche strony wypełnione poezją, poszukując utworu, którego fragment Stanley zacytował przed chwilą na głos. Westchnęła, odnalazłszy wreszcie interesujący ją wiersz.
– "...Tylko czarna bryła ziemi niekształtnej leży – rozjemcza mogiła. Tam i ci, co bronili – i ci, co się wdarli – pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli." – Lorraine przewróciła kartkę. – "Tam zagrzebane tylu set ciała, imiona... Dusze gdzie?" – Podniosła oczy znad książki, skupiając spojrzenie na przyjacielu. – "Nie wiem." – Zamknęła cicho książkę, zwróciwszy ją na powrót Stanleyowi, w geście, który mógłby się wydać pojednawczy, gdyby nie pustka, goszcząca na jej twarzy – na twarzach obojga.
– Gdyby to Atreus stanął na twojej drodze na Beltane – Atreus, nie Harper – czy podjąłbyś go jak wroga, czy jak przyjaciela? – rzuciła konwersacjonalnie, takim samym, obojętnym tonem, jakim spytałaby, czy ma ochotę na jeszcze jedną partyjkę pokera. – Zabiłbyś go, gdybyś musiał? – Najokrutniejsza była wtedy, kiedy mówiła najbardziej czule. Troska w jej spojrzeniu była szczera, kiedy przechyliła głowę, aby zajrzeć Stanleyowi w oczy. Najczulsza była wtedy, kiedy musiała być okrutna. – Skrzywdziłbyś Rosie, bo nie jest czystej krwi? – Coś zmieniło się w jej głosie i spojrzeniu, ale Lorraine nie odwróciła wzroku. – Skrzywdziłbyś Maeve? – wyszeptała.
– Zapewne – zgodziła się Lorraine, z uśmiechem wciąż igrającym na wargach. Och, byłoby prościej wejść do umysłu Stanleya z takim samym impetem, z jakim on i Sauriel weszli na początku czerwca do zajętego przez nią mieszkania barona narkotykowego. Byłoby prościej złamać go, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja – nie, nie złamać, pomyślała, nie zrobiłaby tego wrogowi, a co dopiero przyjacielowi – byłoby prościej, gdyby wiedziała od samego początku, że ma do czynienia ze Śmierciożercą, bo wtedy mogłaby... No właśnie, co? Czy odmówiłaby zlecenia? Czy wyprosiłaby ich wtedy z mieszkania? Ze swojego życia?
Może tak byłoby prościej.
– Tylko dla kogo? – spytała miękko, powiodłszy spojrzeniem za palcem Stanleya, który szukał czegoś na półce z książkami. Nie podejrzewała go choćby przez chwilę, nie, mówiła sobie, to czarnych, bezlitosnych oczu Sauriela Rookwooda należy się obawiać – jego porywczości i nieprzewidywalnej natury. Obecność Stanleya, brygadzisty, który miał jeszcze w życiu coś do stracenia, była poniekąd gwarantem bezpieczeństwa. Nie tak jak Maeve – Maeve i jej zapewnienia, że będzie jej oczami i uszami na Nokturnie – bo choć Maeve nie była w stanie ukoić jej obaw, Lorraine gotowa była złożyć swoje życie w jej ręce.
Zapewne, niemalże wzruszyła obojętnie ramionami, zapewne byłoby prościej porzucić wszystkie te niezdrowe sentymenty, wyzbyć chorych przywiązań do miejsc, do ludzi... Zostawić je za sobą. Zostawić to wszystko za sobą.
– Problemem nie jest to, że obydwaj mówicie to samo. Problemem jest to, że wasze słowa nic nie znaczą w obliczu tego, co robicie. – Lorraine podniosła się z miejsca, zbliżając się powoli do Stanleya, który stał wciąż obok regału z książkami, dziwnie zadumany, pochłonięty przez myśli równie czarne, co otchłanie Podziemnych Ścieżek. Przestępując obok rozbitego szkła, od niechcenia machnęła wyciągniętą z rękawa różdżką: naprawiła szklankę zrzuconą ze stołu przez kręcącą się między ich nogami kocicę. – Problemem jest to, że wasze problemy przestaną być tylko waszymi problemami, w momencie, gdy wszyscy będziemy musieli wybrać. Bo... Nadchodzi czas, kiedy będzie trzeba wybrać między tym co dobre, a tym co łatwe. – Zawahała się. – A ja nie chcę wybierać wcale. – Ty też tego nie chcesz, chciała dodać. To byłoby jednak okrutne, przypominać Stanleyowi o tym, że, chcąc nie chcąc, już wybrał, i wybrał źle. – Nie chcę wybierać między wami.
Sięgnęła po tomik poezji, który odsunął na bok, skończywszy czytać: z namaszczeniem odwracała kolejne, naznaczone piętnem czasu, kruche strony wypełnione poezją, poszukując utworu, którego fragment Stanley zacytował przed chwilą na głos. Westchnęła, odnalazłszy wreszcie interesujący ją wiersz.
– "...Tylko czarna bryła ziemi niekształtnej leży – rozjemcza mogiła. Tam i ci, co bronili – i ci, co się wdarli – pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli." – Lorraine przewróciła kartkę. – "Tam zagrzebane tylu set ciała, imiona... Dusze gdzie?" – Podniosła oczy znad książki, skupiając spojrzenie na przyjacielu. – "Nie wiem." – Zamknęła cicho książkę, zwróciwszy ją na powrót Stanleyowi, w geście, który mógłby się wydać pojednawczy, gdyby nie pustka, goszcząca na jej twarzy – na twarzach obojga.
– Gdyby to Atreus stanął na twojej drodze na Beltane – Atreus, nie Harper – czy podjąłbyś go jak wroga, czy jak przyjaciela? – rzuciła konwersacjonalnie, takim samym, obojętnym tonem, jakim spytałaby, czy ma ochotę na jeszcze jedną partyjkę pokera. – Zabiłbyś go, gdybyś musiał? – Najokrutniejsza była wtedy, kiedy mówiła najbardziej czule. Troska w jej spojrzeniu była szczera, kiedy przechyliła głowę, aby zajrzeć Stanleyowi w oczy. Najczulsza była wtedy, kiedy musiała być okrutna. – Skrzywdziłbyś Rosie, bo nie jest czystej krwi? – Coś zmieniło się w jej głosie i spojrzeniu, ale Lorraine nie odwróciła wzroku. – Skrzywdziłbyś Maeve? – wyszeptała.